[ Pobierz całość w formacie PDF ]

opiekuna psów, ale ten był bardzo zajęty rozmową ze Stephanie.
- Wiem, że może się wydać trochę nieśmiały, ale przecież nie chciałaby pani
mieć w rodzinie agresywnego psa! Nie ma w nim ani krztyny złości. Słowo
daję, że Walter nigdy nikogo nie pogryzie.
- Po prostu potrzebuje miłości... - przytaknęła Stephanie - i... szczotkowania. -
Po raz pierwszy od dłuższej chwili popatrzyła dla odmiany na starego - nigdy
ich pan nie czesze? Ani nie wyprowadza na spacer?
- Oczywiście, że czeszę. Oczywiście!
- Ile dziesiątków lat już tu jest? - spytał Alex uprzejmie.
Staruszek zachichotał nerwowo. - Ten pani mąż to dowcipny człowiek!
Stephanie nie zamierzała wdawać się w rozmowę o Alexie. - To oczywiste, że
nie może być tu dawno, bo już by się zaadoptował. Ile kosztuje?
RS
- Normalnie liczę dwadzieścia, żeby starczyło na jedzenie dla szczeniaka,
sprzątanie klatek itd. Ale dla pani - powiedział ciepło - pięć dolarów.
- %7łartuje pan! Alex, słyszysz!?
- Rozbój w biały dzień - mruknął Alex i naprawdę tak uważał, ale znowu musiał
odchrząknąć, tym razem dlatego, że nigdy w życiu nie spodziewał się zobaczyć,
jak jego była żona wypina swoją dobrze urodzoną pupę i nurkuje pod krzesło,
żeby wydostać psa. Trzeba przyznać temu kundlowi, że miał świetny gust -
wiernopoddańczo oblizywał wyciągniętą dłoń Stephanie, a ona - nie do wiary -
szeptała mu jakieś słodkie słówka. Wyszła spod krzesła dość niespodziewanie i
kiedy zobaczyła minę Alexa, jej uśmiech zgasł jak zdmuchnięta świeca.
- Nie podoba ci się, co?
- Kochanie...
- Ale popatrz, tylko popatrz na niego. Chodz tu bliżej i przyjrzyj mu się. Wiem,
że jest zaniedbany, ale uczeszemy go, Alex. A kiedy zobaczysz z bliska jego
pysk, wąsy i spojrzysz w te jego brązowe oczy... Wbrew zdrowemu rozsądkowi,
Alex przykucnął i pstryknął palcami przywołując psa. Ten wyglądał na
zdziwionego. Alex westchnął i przysunął się bliżej. Odgarnął opadające kudły
szukając tych wielkich brązowych oczu, przyjrzał się opadającym wąsom,
przygarbionemu grzbietowi - całej tej nieszczęśliwej, drżącej masie futra.
Stephanie cały czas nie spuszczała z niego oczu i czekała. Przez skórę czuł jej
napięcie. Czekała jak dziecko na świętego Mikołaja w wigilijny wieczór.
- Wyciągnij rękę - poradziła szeptem. Wyciągnął. Została natychmiast dokładnie
oblizana
mokrym, ciepłym jęzorem.
- Widzisz? - szepnęła.
- Boston, to jest wspaniały pies - Alex spuścił oczy i starał się okazywać wielki
entuzjazm. - Naprawdę, świetny. Ale... nie jest już szczeniakiem. Oczywiście,
RS
to nie znaczy, że jest mniej interesujący, ale mamy jeszcze mnóstwo czasu i
możemy obejrzeć wszystkie... Ten będzie okropnie liniał. Nie jestem też wcale
pewien, czy jest dosyć bystry...
Przysiadła obok dotykając jego biodra. - Pies nie musi być intelektualistą. Pies
ma po prostu kochać. Popatrz tylko na niego, Alex.
Miał już serdecznie dosyć patrzenia na psa, bo nagle zdał sobie sprawę, że
będzie musiał spojrzeć w twarz Jeffowi, który czekał na airedala. Ale popatrzył
na Stephanie: nie kryła swoich uczuć; nie wiedziała ani nie chciała wiedzieć, że
jej biodro opiera się o niego, że oczy jej błyszczą, że wygląda tak, jakby chciała
się kochać.
Ze zdziwieniem stwierdził, że nigdy nie przestał być w niej zakochany!
Wstał i sięgnął po portfel. Wręczając staremu banknot, posłał mu długie,
znaczące spojrzenie. Staruszek tchórzliwie zgarnął pieniądze i odsunął się na
bezpieczną odległość.
Stephanie poruszyła się niepewnie, a potem przebiegła kilka kroków i rzuciła się
Alexowi na szyję. Trwało to zaledwie chwilę, ale mimo to rumieniec oblał jej
twarz. Niezbyt często pozwalała sobie na tak swobodne okazywanie radości. Za
to kiedy odsunęła się od niego, miała dumnie uniesioną głowę na znak, że
niczego nie żałuje.
- Alex! Jeff będzie zachwycony! - odwróciła się do psa. - Walter, chodz,
kochanie!
Walter nie miał najmniejszego zamiaru w ogóle się ruszyć. Najspokojniej w
świecie chrapał sobie pod krzesłem. Przeklinając w duchu, Alex podniósł
krzesło - staruszek błyskawicznie uskoczył, jakby się czego obawiał - i dzwignął
przeszło dwudziestokilowe zwierzę. Stephanie przytrzymała drzwi i wytaszczyli
psa na dwór. Walter nie był amatorem jazdy samochodem. We dwoje udało im
się jednak wepchnąć go na tylne siedzenie. Zanim Stephanie przekręciła
kluczyki w stacyjce, Walter rzucił się na przednie siedzenie i dokładnie oblizał
jej twarz. Zaśmiała się uszczęśliwiona.
RS
- Będzie też doskonałym psem obronnym, prawda? Alex osunął się w swój fotel
i obmyślał, w jaki
sposób będzie mógł ułaskawić Jeffa.
- Alex?
- Tak, tak - zgodził się szybko - doskonały pies obronny.
Stephanie powoli spoważniała. - Alex, nie chciałam wprawić cię w
zakłopotanie. Wiesz...
- Nie wprawiłaś - odparł. Wyrządziła mu znacznie większą krzywdę - znowu
pokazała mu siebie taką, jaką była wtedy, kiedy się w niej zakochał. To była ta
sama kobieta, która tak bardzo potrzebowała kochać i być kochaną. Rozpalała
się jak gwiazda, kiedy nie ukrywała uczuć, i była gotowa tyle dać z siebie bez
wahania... pragnął tej kobiety. Pragnął, żeby zawsze była taka, żeby ta strona jej
osobowości rosła i rozwijała się jak kwiat. Tak, Stephanie popełniła ogromny
błąd pokazując mu znowu siebie.
Ojciec tylko raz spojrzał na psa i jęknął słabym głosem  O, mój Boże", ale to
już wystarczyło, żeby Walter poczuł się do tego stopnia zawstydzony, że zrobił
kałużę na podłodze. Należało ją uprzątnąć. Potem należało wykąpać Waltera, a
to z kolei skończyło się zalaniem całego domu. Przy lunchu Jeff uprzejmie
przyniósł do stołu album ze zdjęciami psów, żeby Stephanie czarno na białym
mogła zobaczyć, jak wygląda airdale terrier. Wszyscy koledzy Jeffa, którzy
wpadli z wizytą po szkole, mieli krytyczne uwagi pod adresem Waltera.
Zanim Alex przywiózł kolację z chińskiej restauracji, Stephanie miała powyżej
dziurek od nosa uwag na temat swojego niefortunnego nabytku. Gotowa była
kłócić się z każdym. Tak naprawdę miała ogromną ochotę pokłócić się właśnie z
Alexem, ale on nie dał się sprowokować.
Po kolacji obaj z Jeffem zasiedli przed telewizorem z miską prażonej
kukurydzy, żeby oglądać mecz. Stephanie zarzuciła kurtkę i poszła do ogrodu
wyładować się na suchych liściach. Walter odprowadził ją aż na ganek, gdzie
natychmiast usnął ze szczęśliwym westchnieniem.
RS
Wiosną i latem Stephanie bardzo lubiła swój ogród, wielkie topole i klony.
Jesienią wszystko to przykrywała warstwa liści sięgająca kostek. Wystarczająco
dużo, żeby rozładować mnóstwo nagromadzonej frustracji. Liście szeleściły
przyjemnie pod grabiami, grały gamą żółci, czerwieni i brązów w ostatnich
promieniach zachodzącego słońca.
Stephanie szybko zgrabiła jedną porządną stertę, zdjęła kurtkę i zabrała się do
następnej. Mimo że zapadł zmierzch, czynność ta rozgrzała ją. Oczy Stephanie
przyzwyczaiły się do mroku. Nie zdawała sobie sprawy, że zrobiło się pózno.
Nagle usłyszała, że drzwi się otwierają. Alex zapalił światło i wyszedł na ganek.
- Masz zamiar pracować całą noc? - zapytał cicho.
- Może - rzuciła zaczepnie.
Usiadł na najwyższym stopniu, leniwie wyciągnął rękę i pogłaskał psa. Dalej
grabiła, a sterta liści rosła i rosła. Drażniło ją, że Alex ciągle tam siedzi i patrzy
na nią. Jedną ręką gładził psa, drugą podpierał brodę i nie odrywał od niej
wzroku. Niebo miało ten sam kolor co jego oczy - czarne jak aksamit.
- Jeff śpi? - spytała w końcu.
- Tak. [ Pobierz całość w formacie PDF ]