[ Pobierz całość w formacie PDF ]

- Zacząłbym od trzech miesięcy. To wystarczy, żeby zorientować się, czy
interes, który zamierzam tu prowadzić, ma szansę powodzenia.
- A jaki interes ma pan na myśli?
- Chcę otworzyć księgarnię.
Zmierzyła go spojrzeniem od góry do dołu, jakby nie dowierzała ani
własnym oczom, ani uszom.
- Być może nie zauważył pan, że kilka kroków dalej, po drugiej stronie
ulicy, jest już księgarnia. Należy do Valerie Schroeder.
- Wiem... - zawiesił teatralnie głos - ... i odniosłem wrażenie, iż mało kto
w tym mieście przejąłby się losem Valerie Schroeder, gdyby na tej samej ulicy
pojawiła się konkurencja.
- Konkurencja - kobieta zawtórowała mu mimo woli.
- Druga księgarnia wykończyłaby ją. Załatwiła na amen... - Spojrzała mu
prosto w oczy osłupiałym wzrokiem. - Moja rodzina trzymała w banku
wszystkie oszczędności. Trafił tam każdy cent odłożony przez mojego ojca.
Wszystko przepadło.
- Słyszałem o tej historii.
- To musiał pan też słyszeć, że to jej mąż - powiedziała z naciskiem - mąż
Valerie obrobił nasz bank.
- Słyszałem. Również i to, że pani Schroeder jeszcze przed małżeństwem
była niezbyt lubiana. Tak czy inaczej, jeśli popełniła te wszystkie rzeczy, o które
ją obwiniają... - pokręcił z niesmakiem głową, nie chcąc pozostawiać naj-
mniejszych wątpliwości, po czyjej stoi stronie. - Przecież wy wszyscy ufaliście
jej. Przyjemnie byłoby zobaczyć, jak pani Schroeder by się czuła, gdyby ktoś,
- 62 -
S
R
komu bezgranicznie ufała, zrobił ją na szaro i puścił z torbami. Nie wydaje się
pani?
- Mój Boże, jeszcze jak przyjemnie... Chciałabym tego dożyć. - Nagle
wyprostowała się. - Zgadzam się na umowę trzymiesięczną. Chociaż, szczerze
mówiąc, niewiele pan zdąży zrobić w tak krótkim czasie. Samo odnowienie
lokalu, urządzenie...
- To żaden problem. Za tydzień otwieram swoją księgarnię.
- Za tydzień?
- Tydzień. Zapewniam panią, że nie spadłem z księżyca i mam
wystarczające doświadczenie, żeby tego dokonać. Zresztą spieszy mi się.
Trudności papierkowe - Sam uśmiechnął się czarująco - mogłyby być jedyną
rzeczą, która opózniłaby mój start.
Po niespełna godzinie dostał do ręki klucze oraz obietnicę wszelkiej
możliwej pomocy. Kiedy zamknął za sobą drzwi biura, Rose Wilkins chwyciła
słuchawkę telefonu.
Sam czuł się jak żołnierz, który oddał pierwszy strzał na wojnie. Nie mógł
się już wycofać. Wracając do samochodu, poczuł bolesne skurcze żołądka. Nie
lubił kpić z ludzi. Na samą myśl o udawaniu równie pokrętnego łajdaka, jakim
był mąż Valentine, dostawał mdłości.
Bolesne problemy, przekonywał się w duchu, wymagają bolesnych
rozwiązań. Musiał wymyślić coś drastycznego - kurację szokową - żeby obudzić
z letargu to śpiące, ogłupiałe miasteczko, w którym Val czuła się jak zaszczuty
zając. Nie mógł dłużej siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż ją dobiją
psychicznie.
Ale najdalej za tydzień Val dowie się, co zrobił.
Nie spodoba jej się to.
Trudno. Nie miał innego wyjścia. Czuł, że jeśli za pomocą jakiegoś
potężnego wstrząsu nie rozbije skorupy lęku, w której zamknęła się Val, nigdy
jej nie zdobędzie.
- 63 -
S
R
ROZDZIAA SZSTY
Po wielu złych dniach nadszedł taki, w którym Val pomyślała, że już
gorzej być nie może. Kolejny dystrybutor zagroził jej, że przestanie dostarczać
książki. Na kiermaszu promocyjnym nie pojawiły się nowe twarze, a garstka
wiernych klientów kupowała zbyt mało, żeby powstrzymać rosnące zadłużenie.
Jonesey przyszedł wcześniej niż zwykle, oświadczył, że wygląda jak zdjęta z
krzyża, i tonem nie znoszącym sprzeciwu kazał jej iść do domu. Kompletnie
załamana, z ulgą przyjęła jego propozycję. Kiedy wymykała się tylnym
wejściem, miała wrażenie, że świat jej się wali na głowę... Zobaczyła jednak
białego mustanga, z otwartymi dla niej drzwiami - i nagle o wszystkim za-
pomniała. Kierowca - dżentelmen o brązowych oczach i szatańskim uśmiechu -
pomachał dyskretnie ręką. Serce zaczęło jej walić jak młotem.
- Trzeba ci wiedzieć, Shepherd - zaczęła z teatralną miną - że nie mam
zwyczaju lecieć na każdego przystojniaka, który zaprasza mnie do samochodu.
Ciebie traktuję wyjątkowo.
- Wszystkie mi to mówią.
Wybuchnęła gromkim, radosnym śmiechem i opadła ciężko na siedzenie
obok kierowcy.
- Nie spodziewałam się, że będziesz tu przed dziewiątą. Skąd wiedziałeś,
że wyjdę wcześniej?
- Nie wiedziałem. Zobaczyłem Joneseya idącego w stronę księgarni, więc
postanowiłem zaryzykować. - Zmierzył ją bacznym wzrokiem. - Miałaś ciężki
dzień?
Zaprzeczyła gorliwie, ale Sam i tak znał odpowiedz. Jakby domyślając
się, że Val nie jadła jeszcze lunchu, położył na jej kolanach papierową torbę z
olbrzymią porcją frytek i podwójnym hamburgerem. Kiedy rzuciła się na
- 64 -
S
R
jedzenie, włączył na cały regulator radio, z którego popłynęły stare
rockandrollowe przeboje.
To jakiś cud, myślała. Jeszcze pięć minut temu miała ochotę rozpłakać się
jak dziecko, a teraz, kiedy Sam był obok, świat należał do niej! Kłopoty nie
zniknęły, ale wydawały się tak odległe, jakby nie dotyczyły jej osobiście. [ Pobierz całość w formacie PDF ]