[ Pobierz całość w formacie PDF ]

- Nie mogę zostawić farmy.
- Masz przecież zarządcę, dopilnuje wszystkiego.
- Ale psy...
Uzmysłowiłam sobie, że tata się boi. Boi się, że mama
nie wróci.
- Ja zajmę się psami - zadeklarował Gabriel.
O stanie ducha i umysłu taty świadczył fakt, że bez
RS
wahania przyjął pomoc od kompletnie obcego człowieka.
A mnie jeszcze zapytał:
- Myślisz, że ona mnie wysłucha?
- %7łeby przekonać się o tym, musisz spróbować, tato.
Spakowałam rzeczy ojca do podróżnej torby, w tym
czasie Gabriel zarezerwował mu bilet na samolot. Tata
miał lecieć tego samego dnia, wieczorem.
- Dziś?! Gabriel, to niemożliwe - protestowałam. -
Nie zabierzemy się do Londynu ze wszystkimi psami.
Będę musiała tutaj zostać.
I zawiodę tylu ludzi. A poza tym... poza tym tak bardzo
nie chciałam rozstawać się z Gabrielem!
- Odwieziesz ojca na lotnisko, Sophie. Zostanę tutaj
i będę miał oko na wszystko. Zaopiekuję się Flossie, nie
martw się.
- Czyli mamy do czynienia z jeszcze jednym despera
tem - mruknęłam pod nosem. - Dobrze, ale pamiętaj, że
to farma, tu zawsze coś się dzieje. Wszystkie klucze znaj
dziesz w biurze taty. Zadzwonię do pani Marsh, naszej
gosposi, powiem jej o tobie. Pani Marsh będzie ci goto
wać. Chyba że wolisz, aby zajął się tym ktoś inny.
Wiadomo kto, ale imię June jakoś nie chciało mi przejść
przez gardło.
- Dam sobie radę. - Gabriel uściskał mnie, ale to, nie
stety, wcale nie oznaczało odpowiedzi na moje pytanie.
- Jedz już, Sophie, bo twój ojciec spózni się na samolot.
Koniecznie zadzwoń, kiedy będziesz już w domu.
Ze świętami tak już jest. Kiedy już zdecydujesz się je
obchodzić, zaczynają rządzić twoim życiem i nadają bieg
RS
wypadkom. Panią Andrews oczywiście zaprosiłam, a po
nieważ Alan ze sklepu z zabawkami w święta również
pozostał sam, też mu zaproponowałam przemieszczenie
się do Berkshire. W końcu w range-roverze jest mnóstwo
miejsca.
W kwiaciarni zastałam Gretę we łzach. Po raz pierwszy
z ust tej dzielnej kobiety usłyszałam słowa skargi. Jak
przykro, kiedy z powodu braku pieniędzy nie można dzie
ciom urządzić prawdziwych świąt. Nie wahałam się ani
chwili. Bo i w czym problem? Zciśniemy się trochę w sa
mochodzie i też dojedziemy. A tak w ogóle, to co to za
święta bez dzieci?
Zadzwoniłam do agencji, żeby uzgodnić z nimi kilka
spraw, przy okazji uprzejmie zagadnęłam Lodowatą, jak
spędza święta. A Lodowata - nie, już Lucy - zamiast rzu
cić coś chłodno, nagle rozryczała mi się do słuchawki
i wyznała, że właśnie rozstała się z facetem, z którym była
od lat. Na szczęście Lucy miała swój samochód, bo do
range-rovera nie dałoby się jej wcisnąć.
Gabriel zabrał mnie na jasełka, w których występowała
Lucia, córka Marca, właściciela włoskiej kafejki. Kiedy
słuchałam, jak dzieci z wielkim przejęciem śpiewają ko
lędy, nie mogłam nie uronić łezki. Miałam nadzieję, że
Gabriel tego nie zauważy, a on wziął mnie za rękę i leciut
ko uścisnął. Nie musiał niczego mówić. Po jasełkach Mar
co zaprosił nas na rodzinną kolację. Na Pimlico wrócili
śmy wieczorem.
Kiedy splótł swoje palce z moimi, nabrałam odwagi.
- Gabriel, proszę, nie jedz.
Nie było siły, żeby nie zrozumiał znaczenia moich słów.
RS
- Muszę. Zostawiłem Flossie pod opieką Wery. - Po
całował mnie w policzek. - Przyjadę w Wigilię pomóc
w transporcie zabłąkanych wędrowców, których zapra
szasz do swego stołu.
- Jedz ostrożnie - powiedziałam, kiedy odchodził.
Błagam, Gabriel, tobie nic złego nie może się stać...
W Wigilię, po podaniu w pubie ostatniej porcji indyka,
powędrowałam do stacji metra, w pobliżu której urzędo
wał bezdomny Paul, sprzedający  Big Issue". Nie widzia
łam się z Paulem od kilku tygodni, teraz chciałam spre
zentować mu kilka puszek z karmą dla jego pieska na
świąteczny psi stół.
- Paul? Znalazłeś sobie w końcu jakiś dach nad głową?
- spytałam, pieszcząc słodkiego małego kundelka.
- A jakże! - Na jego twarzy radosny jak u dziecka
uśmiech. - I mieszkanko, i robotę. Zaraz po świętach.
Po świętach.
Doskonale wiedziałam, co mama zrobiłaby w tej sytua
cji, ale nie było to teraz istotne. Zaprosiłam Paula z pies
kiem, bo sama tego chciałam. I od razu zabrałam ich na
Pimlico. Gabriel już tam był. Ulokował Tygrysicę w klat
ce, teraz ładował do samochodu rzeczy, które trzeba było
przewiezć do Berkshire.
Przedstawiłam Paula i pieska, potem Gabriel odciągnął
mnie na bok.
- Brakowało mi ciebie  powiedział cicho. Czarne
oczy spojrzały bardzo wymownie. A może i nie, może ja
dojrzałam w tych oczach tylko odbicie moich pragnień.
- Wyglądasz o wiele lepiej.
RS
- I czuję się o wiele lepiej. Spacery z psami dużo mi
dały. Nie tylko wróciłem do sił, ale podjąłem też ważne
życiowe decyzje. - Zmienił się, tryskał energią jak czło
wiek gotowy do niebywałych czynów, śmiało spoglądają
cy na odległy horyzont. Na koniec dodał: - Powiem ci
o tym pózniej, Sophie.
 Pózniej" to cała wieczność, niestety.
- Tata nie przekazał żadnej wiadomości?
- Nie. Ale trzeba dać mu trochę czasu, Sophie.
- Rozumiem. A co z Flossie?
- Trzyma się.
Pani Marsh i Wera stanęły na wysokości zadania. Dom
lśnił czystością, lodówka i zamrażarka załadowane po
brzegi, na kuchennym stole karteczka. Obie panie zjawią
się następnego dnia z samego rana, żeby przygotowywać
jarzyny.
Brak było tylko kolorowych świątecznych dekoracji.
I moich rodziców.
- Gdzie oni są, Gabriel? Dzwoniłam do nich, nagrałam [ Pobierz całość w formacie PDF ]