[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Jeść! Szarpać! Uciekać! Płodzić! Jeśćszarpaćuciekaćpłodzić!
Jedenaście rąk lisza uniosło się ku górze. Krwawiące, poszarpane palce wygięły się na
podobieństwo szponów, ścięgna napięły się z siłą cięciwy kuszy. Gotowe do walki stworzenie
zwróciło się w stronę monstrum, które pełzło ku niemu po drewnianym trapie.
Okropieństwo wlokło coś za sobą. Coś, co wierzgało rozpaczliwie, tłukąc buciorami o
kadłub. Próbowało się wyrwać, ogarnięte bezrozumną paniką.
 Moja śledziona!  zawołał znowu panicz Hoom.  Moja śledziona chce mnie zjeść!
* * *
 %7łycie jest jak małż  tłumaczył ongiś Cętkowanej Ptaszynie jej ojciec.  Przez długie
lata filtrujesz gówno, a potem jakiś skurwysyn otwiera cię i wpycha sobie do gęby. I to już
koniec, kochana perełko, koniec.
Mieszkali nad jeziorem. Ojciec całe życie toczył wojnę z rodziną szopów o pola
małżowe, które odkrył. Grodził płoty, rozstawiał sieci i robił wszystko, co tylko mu przyszło
do głowy, by uniemożliwić zamaskowanym złodziejom pozbawianie go środków do życia.
Niestety, gdy chodziło o inteligencję i zwykły spryt, przewaga leżała zdecydowanie po stronie
szopów. W końcu doprowadziły staruszka do szaleństwa i wpędziły go do grobu.
Gdy Cętkowana Ptaszyna, która nosiła wówczas znacznie słodsze imię, spojrzała w
martwą twarz ojca, wykrzywioną w grymasie ostatniego ataku gniewu, wyobraziła sobie, że
jej przyszłość może wypełnić ta sama wojna, która go w końcu zabiła. Była ona jej jedynym
dziedzictwem i nie mogła liczyć na to, że w niej zwycięży. Jakiego rodzaju przyszłość ją
czekała?
Filtrowanie gówna, oczywiście.
Miała wtedy piętnaście lat. Spakowała swój niewielki dobytek, opuściła chatę na palach,
wznoszącą się pośrodku błot, i po raz ostatni ruszyła Małżowym Traktem do Miasta Myta,
gdzie zwykli sprzedawać wszystko, co zdołali zebrać. Szczerze mówiąc, była to nędzna
mieścina. Jej wewnętrzne mury otaczały niewielki obszar, jaki zajmowała dwadzieścia lat
temu, jeśli zaś chodzi o nowe budynki, które wyrosły od tego czasu poza ich obrębem, żaden
miał nie więcej niż jedno piętro.
Jeśli człowiek wezmie patyk i wbije go głęboko w piasek w miejscu, gdzie sięgają fale w
spokojny dzień, po jakimś tygodniu po jednej stronie kijka utworzy się kopczyk mułu, a po
przeciwnej niewielkie zagłębienie. O ile sztorm nie wyrwie patyka, wzgórek będzie rósł, a
zagłębienie powoli się wypełni.
Tak właśnie powstało Miasto Myta. Kamyk zatrzymany w piasku przez patyk, regularny,
powolny napływ ludzi z okolicznych wiosek, gromadzących się wokół twierdzy. Około
dziesięciu lat uporczywej wojny wymusiło wybudowanie fortyfikacji, potem zaś nastały czasy
 pokojowej harówki , jak żołnierze zwykli zwać wszystkie te dzwony spędzone na
bezużytecznych ćwiczeniach oraz pełnieniu straży na pograniczach, którym nikt nie zamierzał
zagrażać.
Nie miała nic przeciwko zajęciu żołnierza. Nie przeszkadzali jej na wpół obłąkani głupcy,
którzy służyli w jej drużynie. Podmuch Piasta, Krem Klakier, %7łałośniak i Robaczywka. A
także, rzecz jasna, Heck Urse, ten, z którym chodziła do łóżka, w równym stopniu z nudy, jak
i z pożądania, choć prawda wyglądała tak, że nie było lepszego sposobu na nudę niż szalone,
gwałtowne, stękające pożądanie. Dlaczego świat był pełen znudzonych kobiet  zamężnych
albo żyjących w innego rodzaju związku  skoro wszystkie miały oczywiste rozwiązanie
przed oczami? Albo w sąsiedniej chacie.
Szkoda, że stracili tamtej nocy Krema, %7łałośniaka i Robaczywkę. Być może to był
przypadek, że ta druga łódz przewróciła się nagle w sięgającej pasa wodzie, a prąd
odpływowy powlókł ją razem z wrzeszczącymi żołnierzami na głębinę. A może to tylko
dzięki pociągnięciu Pani reszta ich grupy, w tym również Sater i Cwany Roztropek, płynęła w
większej łodzi  wiozącej też wszystkie łupy  i dotarła do Słonecznego Loku, który zarzucił
dziobową i rufową kotwicę w spienionym przesmyku.
Niewykluczone nawet, że Sater mówiła prawdę o tych łupach. Nowo wybite monety z
mennicy Miasta Myta, srebro i złoto nietknięte jeszcze niczyją brudną ręką, tak jest, całe
rulony. No cóż, widziała je, czyż nie tak? Widziała i dzwigała, unosiła z dna łodzi i
przekazywała w czekające za relingiem ręce Cwanego Roztropka. Ale co z tym innym
towarem? To były wielkie, okropnie ciężkie przedmioty owinięte w starą, workową tkaninę.
Sterczały z nich jakieś wypukłości. Były wielkie jak bożki, niech je szlag, ale przecież w
Mieście Myta raczej nie było bezsensownie bogatych świątyń, o jakich opowiadał Krem,
który pochodził z Korelu i uciekł przed zesłaniem na Mur tylko dzięki temu, że wydał
młodszego brata. Mieli tam ogromne świątynie, a tysiące biedaków oddawały ostatnie
miedziaki do wielkich mis, choć kilkanaście epidemii pustoszących regularnie slumsy
wyciskało z nich wszystkie soki. Tak jest, te świątynie były bogate. Mogły sobie pozwolić na
cholerne bożki i wysadzane klejnotami misy do zbiórki datków. Nie miała nic przeciwko
okradaniu tych świątobliwych, wysysających dusze oszustów. Ucieszyłaby się, gdyby owe
owinięte w workową tkaninę przedmioty były właśnie takimi bożkami. Niestety, tak nie było.
Połowa monet w mieście, tak jest, cały łup zgarnięty przez Pieśniarzy  tych wrednych
tyranów  po to, by kupić usługi cholernej kompanii najemników, tej całej Karmazynowej
Gwardii. A po co jej potrzebowali? Chcieli zjednoczyć cały Stratem, ni mniej, ni więcej, i
uczynić Miasto Myta jego stolicą. Koniec z potyczkami, wendetami, wojnami handlowymi
między cholernymi faktorami działającymi gdzieś w buszu, koniec z zasadzkami i
karawanami handlarzy futer palonymi tylko po to, żeby zagłodzić czyichś sąsiadów: dzieci, [ Pobierz całość w formacie PDF ]