[ Pobierz całość w formacie PDF ]

powiedz w sklepie płytowym, że ureguluję rachunek, gdy tylko zrealizują zamówienie.
Claire pokręciła głową i bez słowa ruszyła do drzwi.
- Jeśli nie zdobędą nigdzie Some Enchanted Evening Ezia Pinzy, powiedz im, że zgadzam
się na wersję Jay Americans - zawołała za nią Maggie.
Słyszała jeszcze, jak Claire mówi coś do Eliota, potem dobiegł już tylko odgłos
zapuszczanego silnika. Może przyjaciółka miała rację? Może nie powinna tak uparcie
wracać do wspomnień, czytać noc w noc listów Robbiego? A jednak nie potrafiła inaczej,
tak jakby tylko w ten sposób mogła się wreszcie uwolnić od widm przeszłości. Godziła się
nawet z tym, że powróci z wyprawy w przeszłość jeszcze bardziej obolała.
- Chciałbym ci coś pokazać - usłyszała głos Eliota od drzwi.
Odwróciła się powoli. Minęło już pięć dni od
pojawienia się Eliota w Księżycu, a jej ciągle trudno było patrzeć na niego. Za każdym
razem czuła bolesny ucisk w gardle, za każdym razem musiała powtarzać sobie:  To Eliot,
nie Robbie, to Eliot".
- Co takiego? - zapytała, wycierając ręce w ścierkę. Eliot miał na sobie wytarte dżinsy i
czarny podkoszulek. Jak Robbie. Jak on pracował powoli, z uporem, dokładnie. Niekiedy
miała wrażenie, że uczestniczy w jakimś eksperymencie, który pozwala jej bliżej przyjrzeć
się młodemu Robertowi Flaubertowi, analizować jego zachowania. Zawsze wiedziała, że
Robbie jest kimś wyjątkowym, ale dopiero teraz, obserwując jego niezwykłego syna,
zaczynała rozumieć, że był kimś więcej - mityczną postacią z kanadyjskiej puszczy.
Przyglądała się Eliotowi z daleka, na ogół wysługując się Claire przy ustalaniu z nim planu
zajęć. Mimo że bardzo pragnęła poznać go lepiej, zachowywała dystans. Zbyt przypominał
swojego ojca. Coś jeszcze niepokoiło ją i drażniło. Eliot traktował ją z taką poufałością,
jakby znali się od lat. Wypowiadał zdania, które wprawiały ją w popłoch. Pewnego razu,
gdy Maudy żartem domagała się, żeby Gil zabrał ją przed śmiercią raz jeden do opery w
Toronto, Maggie wzięła jej stronę.
- Gil, powinieneś zaprosić Maudy do opery -wtrąciła się do rozmowy.
- Przecież ty sama nie znosisz opery - zdziwił się Eliot.
Gdy spytała go, skąd o tym wie, wzruszył ramionami.
- Zgadłem.
Innym razem poprosiła Claire, żeby zawiozła jej suknię do pralni w Coreyyille. Akurat
wszedł Eliot.
- Twój ulubiony kolor, niebieski - powiedział, wskazując na suknię.
I znowu Maggie zainteresowała się, skąd o tym wie.
- To jasne - odparł po prostu.
Kiedy Claire rzuciła mimochodem, że Szekspir jest przeceniany, Eliot podniósł palec do
ust.
- Uważaj. Dla Maggie to świętość. Zastanowiło ją to. Jej ukochanym poetą był co
prawda Keats, pózniej T. S. Eliot, ale zawsze uważała, że Szekspir jest niedościgły i żaden
inny pisarz nie może się z nim równać. Często to powtarzała w czasie rozmów z
przyjaciółmi i zajęć na uniwersytecie, ale nie mówiła nic takiego przy Eliocie.
- Wykładasz przecież literaturę. Wy wszyscy uwielbiacie Szekspira - odparł, gdy go o to
zapytała.
Może rzeczywiście miał rację.
- Co chcesz mi pokazać? - zagadnęła ponownie.
- Niespodzianka. Chodz, pokażę ci. - Poszli w dół podjazdem w pięknym wrześniowym
słońcu. Z pobliskiego poletka przytulonego do lasu dochodziło krakanie wrony. Nad
jeziorem krążyły mewy. Pod drzewami krzątały się wiewiórki: gromadziły orzechy na
zimę. Jesienne liście jarzyły się złotem i czerwienią. Przyroda pokazywała się w całym
przepychu - żyła, oddychała, gotowała się do zimowego snu. Robert Flaubert należał do
tego pejzażu, był wszędzie: w wodzie, drzewach, chmurach.
- Popatrz - powiedział, gdy zatrzymali się przy bramie.
- Och, Eliot, wspaniale.
- Pomyślałem, że można naprawić ten mur. Aazi-
łem po nim jako dziecko, wtedy wydawało mi się, że ma trzy metry wysokości.
Maggie patrzyła zachwycona na niewysoki murek odgradzający teren Księżyca. Eliot
uzupełnił ubytki i mur wyglądał teraz jak w 1967 roku, kiedy przyjechała tu po raz
pierwszy. Trzymając w dłoni mapkę wyrysowaną przez ciotkę Rachelę, siedziała w swoim
niebieskim garbusie i spoglądała na Jesienny księżyc, dziwną budowlę przytuloną do
brzegu najbardziej błękitnego jeziora, jakie kiedykolwiek widziała. I mur. Ten sam.
- Dziękuję, Eliot. Wygląda jak nowy - powiedziała, podnosząc wzrok i powstrzymując
napływające do oczu łzy.
- W jednej z dziur było gniazdo, opuszczone, więc chyba nic złego się nie stało, że je
wyrzuciłem.
Uśmiechnęła się. Robbie zwykle zatrzymywał swoją furgonetkę, kiedy widział
przechodzące przez drogę żaby czy pełznące po asfalcie węże.  Przecież to żywe
stworzenia. Nie mam prawa ich zabijać" - mówił.
- Wiem, o co ci chodzi. Claire, nic mi nie mówiąc, zniszczyła gniazdo jaskółek pod
okapem. Pewnie trzeba było tak postąpić, ale nie dała mi nawet czasu do namysłu. Tyle
praw sobie uzurpujemy.
Eliot słuchał uważnie jej słów.
- Wiesz, że jeszcze w osiemnastym wieku ludzie uważali, że jaskółki zimują na dnie
jezior? Nikt nie uwierzyłby, że lecą ponad dziesięć tysięcy kilometrów do Chile, Brazylii,
Argentyny. Kiedy widzę, jak wracają wiosną, z zazdrością myślę o tych wszystkich
miejscach, skąd wracają, i których nigdy nie zobaczę.
Maggie nie była w stanie słuchać. Miała wrażenie, że to Robbie opowiada jej o cudach
przyrody, uczy ją patrzeć na świat.  Musimy poznać Ziemię, zrozumieć, jak uczynić ją
znośniejszą do życia, zachować dla następnych pokoleń" - powtarzał często.
- Raz jeszcze dziękuję, Eliot. Miałeś wspaniały pomysł - i z tymi słowami odeszła.
Wiedziała, że miał ochotę porozmawiać, czuła to od momentu poznania. Może wiedział,
co łączyło ją z ojcem. Claire na pewno nic mu nie powiedziała, ale Robbie? Może dlatego
Eliot zdawał się wiedzieć o niej tak wiele. Może chciał odnalezć w niej ojca, jak ona
odnajdywała go w synu. Szła powoli w stronę Księżyca.
- Kiedy Maudy zobaczy mur, gotowa wysunąć moją kandydaturę na burmistrza! - krzyknął
za nią Eliot.
Zatrzymała się i odwróciła. W jesiennym słońcu jego ciemne włosy lśniły niczym skrzydło
kruka. Siedział na murku, nogi wyciągnął przed siebie i skrzyżował w kostkach; na jego
twarzy igrał ten półkpiący uśmieszek. Rozpoznałaby w nim syna Roberta Flauberta,
gdziekolwiek by go ujrzała: na międzynarodowym lotnisku, w półmroku restauracji, na
zatłoczonym peronie metra. Tłumaczyła sobie, że to sprawa genów, drobin, których nie
widzimy, ale które nosimy w sobie. W żyłach Eliota płynęła krew Robbiego, miał jego
usta, włosy, jego oczy. To tylko genetyka, nic więcej.
- Jeśli Maudy chce, żebyś kandydował na burmistrza, spróbuj. Z jej poparciem na pewno
wygrasz -powiedziała z uśmiechem. [ Pobierz całość w formacie PDF ]