[ Pobierz całość w formacie PDF ]

się na równe nogi.
- Co to jest?!
Tala uniosła głowę w stronę okna i ujrzała błysk niebiesko -
czerwonych świateł patrolowego wozu.
- O Boże - szepnęła - to gliny.
Po chwili rozległ się stukot butów i łomot do drzwi.
- Tala Newsome! Jesteś tam?
- Jestem, Billy Joe! - krzyknęła. - Już idę. Szybko wstała z
kanapy, poprawiła potargane włosy i poszła otworzyć. Pete podążył za
nią.
- Nic ci się nie stało? - Billy Joe spojrzał na Talę z niepokojem, a
potem przeniósł zdumione spojrzenie na jej towarzysza i zamrugał
oczami. - Zobaczyłem twój samochód w rowie. Miałaś wypadek?
W kilku słowach opowiedziała mu, co i jak.
- Już ja znajdę tych... łobuzów - syknął Billy Joe i widać było, że
zamierzał użyć zupełnie innego słowa. - A jak ich złapię, to mogą
sobie tylko pomarzyć o swoich prawach obywatelskich.
- Myślisz, że to chłopaki z okolicy? - spytała Tala.
- Pewnie. Napije się taki piwa i myśli, że świat do niego należy.
Cóż łatwiejszego, niż zepchnąć na pobocze samotną kobietę na pustej
drodze. Przecież to świetna zabawa. Nawet nie chcę myśleć, co by
było, gdybyś nie zatrzymała się w rowie. Przecież tam zaraz dalej jest
bardzo stroma skarpa. Mogłaś się zabić.
- Ale się nie zabiłam. Wiesz co? Wydaje mi się, że ten sam
samochód jechał za mną wczoraj, kiedy wracałam do domu z Food
Farm.
Oczy Billy'ego zwęziły się.
- Zapamiętałaś jakiś szczegół? Numery rejestracyjne czy coś
takiego? - zapytał.
Tala przecząco pokręciła głową.
- Nie zwróciłam na to uwagi, ale jestem pewna, że to był ten sam
samochód.
Billy Joe spojrzał na nią pytająco.
- A co ty właściwie robisz o tej porze w domu? Przepraszam, że
pytam.
- Zapomniałam ci powiedzieć, że zmieniłam pracę. Będę teraz
pracować u doktora Jacobiego i jego ojca w rezerwacie dla słoni.
Billy Joe ze zdziwieniem uniósł brwi.
- I co tam będziesz robiła?
- Wszystko, co trzeba - odpowiedział za nią Pete. Billy przestąpił
z nogi na nogę.
- Chyba się kiedyś wybiorę do tego pańskiego rezerwatu
zobaczyć słonie, doktorze.
Pete otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale zrobił to dopiero po
dłuższym namyśle.
- Słonie na pewno bardzo by się ucieszyły, Billy Joe, ale
jesteśmy bardzo zajęci i nikogo nie wpuszczamy do rezerwatu.
- Rozumiem. A co z dzieciakami? Nie próbują tam zaglądać
przez szpary?
- Przy takiej pogodzie raczej nie. Na razie dają nam spokój.
Billy przeniósł wzrok z Pete'a na Talę.
- Może do wiosny wytrzymają. Chcesz, żebym wezwał pomoc
drogową?
- Myślę, że sam wyciągnę ten samochód z rowu moim land -
roverem - odpowiedział za Talę Pete. - Bardzo dziękujemy.
- W takim razie idę, ale zajrzymy tu jeszcze dziś w nocy.
Będziesz bezpieczna. Niczego się nie bój.
Uniósł palec wskazujący, jakby chciał zasalutować na
pożegnanie, odwrócił się i odszedł. Po chwili usłyszeli, jak wóz
policyjny odjeżdża spod domu.
Pete spojrzał na Talę.
- Jak to było z tym samochodem, który wczoraj za tobą jechał? -
zapytał poważnie.
- Nic takiego. Jakaś obsesja, pewnie tylko mi się wydawało. To
świadczy o tym, jak bardzo czuję się samotna - odparła, starając się
zbagatelizować sprawę.
Wyciągnął ku niej ramiona.
- Nie musisz być samotna. Mogę zostać.
- Nie możesz. - Cofnęła się lekko. - Nie w tym mieście. A teraz
jedzmy wyciągnąć mój samochód z rowu, bo inaczej jutro rano nigdy
nie dotrę do pracy.
Patrzył na nią przez chwilę, a potem z rezygnacją skinął głową.
- Dobrze, jedziemy.
Dzięki land - roverowi wszystko przebiegło szybko i sprawnie.
Prawa strona samochodu Tali była utytłana w błocie, ale poza tym nie
stwierdzili poważniejszych szkód.
- Wystarczy tylko polakierować otarcie. - Pete powiódł palcem
po rysie, która została na karoserii. - Niezle cię musiał stuknąć. Sam ci
to zrobię.
- Będę ci bardzo wdzięczna. Z powodów finansowych nie
mogłabym na razie załatwić tego w warsztacie.
Pete już miał wsiadać do swego samochodu, kiedy Tala go
zatrzymała.
- Bardzo ci dziękuję, ale teraz wracaj prosto do domu i nie martw
się o mnie. Nic mi się nie stanie, mam broń. Jestem okropnie
zmęczona, zaraz idę spać.
- Dobrze - ustąpił - ale pojadę za tobą i będę patrzył, czy
bezpiecznie dotarłaś na miejsce. Nie próbuj mówić nie, bo i tak nie
ustąpię.
Siedział w samochodzie, patrząc, dopóki nie weszła do domu, a
następnie zawrócił i zniknął za linią drzew. Tala patrzyła w ślad za
nim, a potem rozebrała się i wśliznęła do łóżka, które przez tyle lat
dzieliła z Adamem.
Dotychczas nadal sypiała po lewej stronie, tak jakby Adam spał
po prawej. Tej nocy jednak położyła się dokładnie na jego miejscu,
głowę przyciskając do jego poduszki.
Nie było na niej śladu zapachu Adama. Czuła jedynie zapach
wody kolońskiej Pete'a i tę nieuchwytną, indywidualną woń, jaką
wydziela każda ludzka istota. Dlaczego nagle ogarnęły ją wyrzuty
sumienia?
Jej ciało stale jeszcze pamiętało uścisk Pete'a, jego namiętne
pocałunki, tak różne od czułych pocałunków Adama. Pocałunki, które
przerwały w niej jakąś tamę, uczyniły w niej szczelinę, przez którą
zaczęło się sączyć coś nowego i niepokojącego.
Odtąd nie mogła już sobie wmawiać, że jest tylko matką. Pete [ Pobierz całość w formacie PDF ]