[ Pobierz całość w formacie PDF ]

dlatego to miejsce, ponieważ rozciągał się stąd widok na cały port i dolatywał szum morza.
Założył ogród dla swej narzeczonej, ale nie on zasadził topole lombardzkie  sadziła je pani
Helena Russel. Poza tym małe dziewczątka, które uczęszczały do szkoły w Glen St. Mary,
zasadziły w ogrodzie potrójny rząd róż. Mówił, że bladoróżowe kwiaty były przeznaczone dla jej
policzków, białe dla jej czoła, a czerwone dla jej ust. Tak często cytował poezje, że w końcu sam
zaczął mówić wierszami.
Prawie każdy ze znajomych posłał mu jakiś mały upominek potrzebny do wyprawy domowej.
Kiedy Russelowie się tu sprowadzali, a byli to ludzie zamożni, umeblowali, jak widzicie, pięknie
całe mieszkanie, ale pierwsze meble, jakie tu przywieziono, były bardzo niepozorne. Za to dużo
było w tym domu dowodów życzliwości. Niewiasty przysłały kapy, obrusy i ręczniki, a z
mężczyzn jeden zrobił szafę, drugi stół i tak dalej. Nawet ślepa ciotka Małgorzata Boyd splotła
dla niej z pachnącej trawy, rosnącej na pagórkach, mały koszyczek. %7łona nauczyciela trzymała w
nim stale chusteczki do nosa.
W końcu wszystko było gotowe na przyjęcie. Nawet polana ułożone na kominku,
przyszykowane do palenia. Nie był to co prawda ten sam kominek, chociaż stał na tym samym
miejscu. Panna Elżbieta zmieniła go wówczas, kiedy przeprowadzała piętnaście lat temu remont
domu. Wtedy było to duże, starego typu ognisko, w którym można było upiec całego wołu. Ileż
to razy siedziałem przy tym kominku i opowiadałem jak i w tej chwili różne historie&
Zapadło milczenie, podczas którego kapitan myślą zdawał się śpieszyć na spotkanie ze
znajomymi, których ani Ania, ani Gilbert nie widzieli, z ludzmi, którzy niegdyś, w latach dawno
minionych, razem z nim siedzieli przy tym samym kominku z weselem i radością wspólnego
szczęścia w oczach, dziś zamkniętych już na zawsze i spoczywających pod ziemią cmentarną
obok kościółka lub pod masami wód oceanu. Tu, w dawno minione dni, dzieciaki biegały
uradowane i rozbawione, a śmiech ich rozbrzmiewał we wszystkich kątach. W zimowe wieczory
zbierali się tu przyjaciele, gościły i muzyka, i tańce, i karty. Młodzi chłopcy i młode dziewczęta
snuli swe marzenia. Dla kapitana miejsce to zapełnione było postaciami, które prosiły, by o nich
nie zapominano.
 W początkach lipca dom był ukończony  mówił dalej kapitan.  Wówczas to nauczyciel
zaczął liczyć dni. Często widywaliśmy go błądzącego wzdłuż wybrzeża i powtarzaliśmy między
sobą:  Wkrótce ona będzie z nim razem . Oczekiwaliśmy jej przybycia w połowie lipca. Ona
jednak nie przybyła w tym czasie. Nikt nie był z tego powodu zaniepokojony. Okręty często
spózniały się o całe dnie, a nawet o całe tygodnie.  Royal William jednak spózniał się o tydzień,
potem o dwa, a potem o trzy tygodnie i wówczas sprawy zaczęły iść coraz gorzej. W końcu nie
miałem odwagi spojrzeć Selwynowi w oczy. Wie pani, droga pani Blythe  tu kapitan zniż głos
 zawsze myślałem, że oczy jego podobne były do oczu jego praprababki w chwili, kiedy ją
prowadzono na stos. Nigdy nie mówił dużo  w szkole jednak uczył jak człowiek znajdujący się
we śnie, a po skończeniu lekcji pędził na brzeg. Wieli nocy widzieliśmy go tam błądzącego od
wieczora do wschodu słońca. Ludzie twierdzili, że traci rozum. Wszyscy żegnali się po trochu z
nadzieją.  Royal William spózniony był o osiem tygodni. Już była połowa września, a
narzeczona nauczycieli nie przybyła jeszcze  i nie przybędzie  myśleliśmy sobie.
Wówczas to nadeszła burza, która trwała trzy dni, a tego wieczora, kiedy ucichła, pobiegłem
na brzeg morza. Zastałem tam nauczyciela obejmującego rękami skałę i patrzącego na otwarte
morze.
Przemówiłem doń, ale on nie odpowiedział. Jego oczy zdawały się widzieć w dali coś, czego
ja nie mogłem dostrzec. Martwy spokój malował się na jego twarzy.
 Janie, Janie!  zawołałem jak przerażone dziecko.  Zbudz się, zbudz się! Ten dziwny,
straszny wyraz zdawał się powoli znikać z jego twarzy. Odwrócił głowę i spojrzał na mnie.
Nigdy od tej chwili nie zapomniałem jego twarzy, nigdy; jej też nie zapomnę, aż do mej ostatniej
podróży.
 Wszystko dobrze, chłopcze  przemówił.  Widziałem okręt wiozący moją narzeczoną, jak
okrążał wschodni cypel. Ona będzie tu o wschodzie słońca. Jutro wieczór usiądziemy razem przy
kominku .
Czy myśli pan, że on ją widział?  zapytał kapitan Gilberta, przerywając opowiadanie.
 Bóg jeden wie  odpowiedział cicho Gilbert.  Wielka miłość i wielki ból potrafią
dokazywać nie wiadomo jakich cudów.
 A ja jestem pewna, że on ją widział  z powagą oświadczyła Ania.
 Terefere  dodał doktor Tomasz, ale z mniejszym niż poprzednio przekonaniem.
 Otóż wiedzcie  zakomunikował uroczyście kapitan   Royał William wpłynął do portu
następnego dnia o wschodzie słońca. Wszyscy mieszkańcy z Glen i okolicy wylegli na brzeg, by [ Pobierz całość w formacie PDF ]