[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Mógłby przynajmniej zadzwonić, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku. Tego ranka wciąż o tym
myślał, ale był tak zajęty w biurze, że nie miał okazji tego zrobić.
Teraz jest już za pózno, stwierdził... Ale przypomniał sobie, że ma w kieszeni telefon komórkowy. Chciał
go zostawić w domu, chociaż Ed kazał mu zabrać telefon do Karoliny Północnej i nie wyłączać go podczas
całej podróży.
Projektowali właśnie budynek w Arilngton, który miał stanąć w miejscu zniszczonego przez pożar,
zabytkowego domu potężnego - i bardzo irytującego - prezesa wielkiej korporacji.
Albert Landry chciał - a raczej żądał - żeby dom został odbudowany natychmiast. Trzeba było stworzyć
całkiem nowy projekt, uwzględniający stare elementy i uzupełniający je nowoczesnymi dobudówkami. Cho-
ciaż obaj wspólnicy pracowali nad projektem, to Landry upodobał sobie Beau. Postanowili nie mówić mu, że
Beau wyjeżdża. Ukończenie prac miało zająć jeszcze kilka tygodni, a Beau nie zamierzał przekładać
wyczekiwanych wakacji tylko po to, żeby być na każde skinienie prezesa.
Beau naprawdę miał zamiar zostawić tę cholerną komórkę w mieszkaniu. Wszelkie sprawy związane z
projektem dla Landry ego mogły zaczekać, aż on dojedzie na miejsce i zadzwoni do Eda. Niemniej martwił
się o Jordan. Co prawda zamierzał do niej zadzwonić z domu na plaży i podać numer telefonu - na wypadek,
gdyby go potrzebowała. Ale teraz postanowił nie czekać tak długo. Skoro miał przy sobie telefon komór-
kowy, mógł zadzwonić od razu. Kiedy się upewni, że ona i Spencer dobrze się czują, na pewno trochę się
uspokoi.
Zatrzymał się przed znakiem stopu, sprawdził, że nikt za nim nie jedzie, i wybrał jej numer.
Odebrała po pierwszym dzwonku.
- Halo? - Była chyba zasapana.
- Cześć. Tu Beau. Wszystko w porządku?
Usłyszał lekkie wahanie w jej głosie, gdy odpowiedziała:
- Jasne.
- Nieprawda. Co się stało?
- Nic. Tylko... - mówiła teraz ciszej. - Znów miał koszmarny sen. I zapytał mnie o Phoebe. Nie wiem, jak
długo zdołam ukrywać przed nim prawdę.
- Co teraz robi?
- Ogląda kreskówkę.
Rozległ się dzwięk klaksonu. Beau spojrzał w lusterko wsteczne i zobaczył, że stoi za nim samochód.
Kierowca gniewnie pokazywał mu, żeby przejechał przez puste skrzyżowanie.
Zrobił to, mówiąc do Jordan:
- Muszę kończyć. Prowadzę samochód.
- Jak ci mija podróż? - zapytała.
- Zwietnie. - Nie powiedział jej, że jest zaledwie dwie ulice od jej domu. Niech myśli, że odjechał już
daleko.
- Baw się dobrze, Beau - powiedziała, a jej głos brzmiał tak głucho, że Beau omal nie zawrócił i nie
skierował z powrotem do Georgetown.
Zmusił się, żeby jechać dalej prosto.
- Dobrze. A ty na siebie uważaj. Zadzwonię, kiedy dojadę i podam ci numer telefonu na wypadek, gdybyś
chciała się ze mną skontaktować.
- Nie trzeba. Nie myśl o nas i wypoczywaj. Poradzę sobie.
- Jasne.
Nieprawda, pomyślał, kiedy się rozłączył. Wyłączył telefon i rzucił go na tylne siedzenie. Cholera. Jordan
właśnie straciła najlepszą przyjaciółkę. Opiekowała się dzieckiem, którego życiu mogło grozić niebezpie-
czeństwo. A on wyjeżdżał sobie na urlop, zostawiając ją samą z tak wielkimi problemami.
Jak inaczej miałby postąpić? Zamierzał wykorzystać urlop, żeby zrzucić z siebie od dawna ciążące mu
brzemię. Byłoby głupotą angażować się w sprawy tej nieszczęśliwej kobiety i dziecka.
Jeśli stanie się im coś złego, nigdy sobie nie wybaczysz, że wyjechałeś, Beau. Nigdy!
Ale gdyby został, zaopiekował się nimi, próbował ich chronić... Gdyby zrobił to wszystko, a jednak ktoś
wyrządziłby im krzywdę... Wiedział, że to byłby koniec. Nie mógłby dalej żyć z taką świadomością.
Gdyby był mądry, jechałby dalej i wydostałby się z miasta najszybciej, jak byłoby to możliwe.
Odkładając słuchawkę, Jordan przypomniała sobie o wczorajszym telefonie pani Villeroy. Uznała, że lepiej
oddzwonić, bo w przeciwnym razie starsza sąsiadka mogłaby do niej przyjść.
Staruszka nieczęsto wychodziła za próg swego mieszkania. Cierpiała na reumatyzm, który tak bardzo jej
doskwierał, że prawie nie mogła się poruszać. Była wdową i nie miała dzieci, które mogłyby ją odwiedzać.
Dlatego właśnie Jordan wcale nie przeszkadzało spełnianie częstych próśb sąsiadki.
Naprawdę nie był to dla niej żaden kłopot od czasu do czasu w drodze powrotnej wpaść do apteki po [ Pobierz całość w formacie PDF ]