[ Pobierz całość w formacie PDF ]

som, które wypatrzył w pobliżu rzeki. Bez namysłu i skrupułów, nie czekając za-
proszenia częstował się kolacją, o ile miał po temu sposobność; od dawna prze-
cież zmuszony był to robić i aż za dobrze wiedział teraz, co to znaczy prawdzi-
wy głód i czym się on różni od grzecznego zainteresowania smakołykami nale-
życie zaopatrzonej spiżarni. Spostrzegł też migocące wśród drzew ognisko, a wi-
dok ten skusił go od razu, bo przemoknięte i podarte ubranie lgnęło mu do skó-
ry, zimne i lepkie.
Nie wydaje mi się, bym musiał opowiadać wam bardziej szczegółowo o przy-
godach Bilba w ciągu tej nocy, bo już się zbliżamy do celu podróży na wschód i do
ostatniej, największej przygody, trzeba się zatem spieszyć. Oczywiście zaczaro-
wany pierścień zapewnił hobbitowi początkowo całkowite powodzenie, lecz póz-
niej obecność jego zdradził ślad mokrych stóp i kałuże, które po sobie zostawiał,
gdziekolwiek przystanął czy przysiadł. Dostał kataru, a ilekroć chciał się przycza-
ić, alarmował elfy straszliwymi i daremnie tłumionymi napadami kichania. wkrót-
ce powstał z tego powodu niemały zamęt w osiedlu nad rzeką, lecz Bilbo uciekł
w las, unosząc bochen chleba, skórzany bukłak z winem oraz pasztet  wszystko
zdobyte zgoła nielegalnym sposobem. Resztę nocy spędził, wciąż ociekając wodą,
z dala od ognia, lecz wino pomogło mu przetrwać, a w dodatku przespał się nie-
zle w suchych liściach, mimo że miało się już pod jesień i było dość chłodno.
Ocknął się z głośniejszym niż wszystkie poprzednie kichnięciem. Zwit już sza-
rzał i nad rzeką elfy krzątały się wesoło. Związywano beczki w trawę, lada chwi-
la kilku flisaków miało na niej popłynąć w dół rzeki, do Miasta na Jeziorze. Bilbo
kichnął znowu. Przesechł nieco, ale trząsł się z zimna. Pobiegł nad rzekę ile sił
w zdrętwiałych nogach i w ostatnim momencie zdążył wdrapać się na tratwę nie
postrzeżony w ogólnym zgiełku. Szczęściem słońce nie świeciło wówczas jeszcze,
więc cień nie zdradził hobbita i jakimś cudem Bilbo powstrzymał się na czas pe-
wien od kichania.
Poszły w ruch tyki. Elfy, stojąc na płytkiej wodzie przybrzeżnej, pchały potęż-
nie. Beczki, teraz szczepione wszystkie razem, skrzypnęły i drgnęły.
 Ależ ciężkie!  mruknął ten i ów.  Zanurzają się za głęboko, znowu, wi-
dać, nie opróżniono ich dokładnie. Szkoda, że nie wyciągnęliśmy ich na brzeg za
dnia, warto by zajrzeć do środka  mówiły elfy.
 Nie ma teraz na to czasu  krzyknął starszy flisak.  Spychajcie!
W końcu tratwa odbiła od brzegu, z początku wolno, póki nie minęła skaliste-
go przylądka, od którego inne znów elfy odsuwały ją długimi tykami, a pózniej
coraz prędzej i prędzej, aż porwał ją główny nurt i popłynęła w dół, w dół rzeki
 w stronę Jeziora.
137
Krasnoludy wymknęły się z królewskiego więzienia i wydostały się z puszczy,
ale czy żywe, czy umarłe  to się miało dopiero okazać.
SERDECZNE POWITANIE
łynęli, a tymczasem rozwidniło się i było coraz cieplej. W pewnej chwili
Przeka skręciła, okrążając ramię lądu wysunięte z lewego brzegu. Pod ska-
listym urwiskiem woda kipiała na głębi i przelewała się z pluskiem. Urwisko szyb-
ko zostało za nimi, brzeg się obniżył, drzewa zniknęły. Oczom hobbita ukazał się
rozległy widok.
Leżał przed nim kraj otwarty, nasycony wodami rzeki, która tu dzieliła się na
sto krętych odnóg, rozlewała po moczarach i stawach usianych wysepkami; głów-
ny jednak nurt, wciąż jeszcze bogaty, płynął spokojnie pośrodku. W oddali, z gło-
wą ukrytą w postrzępionym obłoku, wznosiła się Góra! Jej najbliższego otoczenia
na północno-wschodzie i zaklęsłej niziny między nią a rzeką nie było stąd widać.
Tylko ona patrzała z wysokości poprzez moczary ku lasom. Samotna Góra! Bilbo
odbył długą drogę i przeżył wiele przygód, aby ją zobaczyć, lecz widok ten wca-
le go nie rozradował.
Przysłuchując się rozmowom flisaków i gromadząc strzępy wiadomości pada-
jące z ich ust, Bilbo wkrótce zrozumiał, jak wyjątkowemu szczęściu zawdzięcza,
że w ogóle choćby z daleka ujrzał Górę. Wprawdzie przecierpiał okropności wię-
zienia, a teraz znajdował się w dość przykrej sytuacji (nie wspominając już o po-
łożeniu biednych krasnoludów!), lecz miał więcej szczęścia, niż przypuszczał. Fli-
sacy wciąż mówili o towarach spławianych w dół i w górę rzeki, o wzrastającym
ruchu na tym wodnym szlaku, odkąd drogi lądowe na wschód od Mrocznej Pusz-
czy zniknęły lub wyszły z użycia; mówili też o kłótniach między ludzmi znad Je-
ziora a elfami z lasów o to, do kogo należy utrzymanie spławności Leśnej Rzeki
i pilnowanie porządku na jej brzegach. Kraj ten bardzo się zmienił od owych cza-
sów, gdy krasnoludy żyły we wnętrzu góry, od epoki, której wspomnienie sta-
ło się dla większości mieszkańców ledwie mglistą legendą. Kraj zmienił się tak-
139
że w ostatnich latach, sprzed których pochodziły wiadomości Gandalfa. Wskutek
deszczów i powodzi rzeki płynące na wschód wezbrały, były też trzęsienia ziemi
(niektórzy przypisywali je wybrykom smoka, wspominając go zwykle z przkleń-
stwem i wymownym gestem w stronę Góry). Na obu brzegach moczary i trzę-
sawiska rozprzestrzeniły się szerzej. Nie można było odszukać dawnych ścieżek,
niejeden jezdziec lub pieszy wędrowiec zginął próbując je odnalezć. Droga elfów
przecinająca lasy, którą wybrały krasnoludy za radą Beorna, kończyła się obec-
nie na wschodnim skraju puszczy niepewną, rzadko uczęszczaną ścieżką. Jedy-
ną jako tako bezpieczną drogą z północnych krańców Mrocznej Puszczy ku rów-
ninom leżącym po jej drugiej stronie, w cieniu Góry, była teraz rzeka, lecz nad tą
drogą trzymał straż król leśnych elfów.
Jak więc widzicie, Bilbo w wyniku wszystkich przygód trafił na jedyną możliwą
drogę. Pan Baggins, drżący z chłodu na tratwie z beczek, zapewne pocieszyłby
się nieco, gdyby wiedział, że wieści o tym wszystkim dotarły do Gandalfa w da-
lekich stronach i mocno go zaniepokoiły, że czarodziej właśnie kończył inne spra-
wy (nie należące do tej historii) i przygotowywał się do podróży na poszukiwanie
kompanii Thorina. Ale o tym Bilbo nic nie wiedział.
Wiedział tylko, że rzeka ciągnie się i ciągnie bez końca, że jest głodny, że ma
obrzydliwy katar, że nie podoba mu się wcale Góra spoglądająca na niego  jak
musię wydawało  tym chmurniej i grozniej, im bliżej podpływał. Po jakimś cza-
sie jednak rzeka skierowała się bardziej na południe, Góra znów się jakby oddali-
ła, aż wreszcie, pod wieczór, brzegi po obu stronach stały się skaliste, rozproszo-
ne wody zbiegły się razem w głęboki, rwący nurt, a tratwa pomknęła żywiej. [ Pobierz całość w formacie PDF ]