[ Pobierz całość w formacie PDF ]

czuł ją w kościach rozleniwionych krótką drzemką, za to umysł miał już trzezwy,
chłód ciągnący od wilgotnych ścian przepędził resztki snu całkowicie.
Było cicho. Moszczący się na posłaniu Ro-non wreszcie znieruchomiał i zapadł
w sen. Nic już nie mąciło spokoju podziemi. Jedynym dzwiękiem był trzask iskier
w ogniskach. Musieli oszczędzać suche drwa, bo ich zapas był niewielki. Palili
więc dziwne, białawe kłącza, porastające tu i ówdzie ściany tunelu. Płonęły łatwo,
ale ponieważ zawierały znaczną ilość soków, dawały gęsty dym i strzelały, gdy żar
rozsadzał ich twarde korzenie. Płoszyło to zwierzęta, które reagowały na fajerwerki
iskier niespokojnym tupotem.
Był to ich trzeci postój. Labirynt wiodący z państwa Ceranów w kierunku
Pustyni Zmierci wił się i pętlił, tworzył gmatwaninę korytarzy, których nie
przeszliby, gdyby nie dany im przez klasztor przewodnik. Ale nawet on, znający tę
część jaskiń, tracił czasami orientację i już kilkakrotnie zmuszeni byli zatrzymać
się do czasu, aż Ro-non odnajdzie drogę.
Oprócz przewodnika otrzymali również dwa juczne irmany. Nie były to dobrze
znane na Przedgórzu, rosłe zwierzęta o rozłożystych rogach, lecz niewielkie,
skarlałe stworzenia, silne jednak i zaprawione w górskich wędrówkach. Na ich
grzbiety załadowano wszystkie pakunki oraz zapas drewna na ogniska. Również
kiset musiał pożegnać się ze swą zwykłą rolą, zamiast jezdzca przyjął na siodło
toboły z żywnością. Nieprzywykłemu do juków niezbyt się to podobało, ale po
krótkim oporze przestał protestować, godząc się z przydzieloną funkcją.
Czas sączył się z wolna, cisza ponownie usypiała. Byłby w końcu zasnął, gdyby
nie jakiś ruch poza linią światła. Nawet nie ruch, jedynie uczucie czyjejś obecności
tam, gdzie nie sięgał blask ognia. Ośmieleni bezruchem intruzów nadciągali
mieszkańcy mroku. Dotąd trzymali się z daleka, tabor był zbyt liczny. Odwagi
nabierali dopiero podczas odpoczynku wędrowców. Zacieśniali wtedy pierścień na
granicy ciemności, nadając jej materialny wymiar. Najsilniej na ich obecność
reagował kiset. Nic dziwnego, miał sposobność poznać je z bliska. Również teraz
Iti usłyszał basowy pomruk zwierzęcia. Odwrócił się.
Kiset stał naprężony jak struna, drgające wargi odsłaniały długie kły. Po jakimś
czasie począł zbliżać się do wyłom wnęki. Każdy jego krok zdradzał olbrzymie
napięcie, ale nie było w tym, ku zdumieniu Isera, ani kropli strachu. Choć zwierzę
pozornie było spokojne, Iti wiedział, że ogarnęła je bezwzględna żądza zabójstwa.
W pierwszym odruchu chciał go przywołać, lecz patrzył tylko z zapartym tchem na
pełen zimnej determinacji marsz zwierzęcia ku mrocznemu kręgowi.
Tuż przy granicy, tam, gdzie światło ognisk wchłaniała ciemność, kiset
zatrzymał się. Stał długą chwilę, wpatrując się w mrok. Nagle runął w noc z
chrapliwym rykiem. Zakotłowało się i do uszu Itiego dobiegły przejmujące wrzaski
i skowytania. Zerwał się na nogi i, chwyciwszy płonące polano, z wyciągniętym
mieczem skoczył w ślad za zwierzęciem. Nie zdążył nawet minąć linii ognisk, gdy
kiset pojawił się ponownie. Pełznął tyłem, wlokąc bezkształtny łachman. Iti
zatrzymał się ogarnięty przerażeniem i wstrętem. To, co taszczył kiset, nie dawało
się porównać z żadnym ze znanych mu stworzeń. Olbrzymi, rozedrgany połeć
zielonkawej galarety wił się setkami cienkich macek, w bezsilnej wściekłości
siekąc zaciśniętą na swym ciele paszczę. Każde smagnięcie zostawiało krwawą
pręgę na łbie i bokach zwierzęcia, które jednak nie rozluzniało uchwytu,
nieubłaganie wciągając potwora w zasięg blasku. Broniące się rozpaczliwie
stworzenie zostawiało za sobą smugę błyskawicznie parującej, burej cieczy. Gdzieś
spomiędzy jego macek dobywał się przenikliwy, wibrujący bulgot.
Iti obserwował śmiertelne zmagania w zupełnym bezruchu. Przerażony nie
mógł wykonać najmniejszego gestu, by dopomóc kisetowi. Ten jednak
najwyrazniej nie potrzebował pomocy. Jego działania były pewne i celowe. Krok
za krokiem, nie luzując chwytu ani na moment i nie zważając na palące razy,
ciągnął swego przeciwnika w stronę ogniska. Dzieliła go od niego długość włóczni,
gdy z potworem zaczęło dziać się coś dziwnego. %7łałosny wrzask przeszył
powietrze i galaretowate ciało zaczęło się kurczyć. Wydawało się, że światło i
ciepło rozpuszczają je. Jak ogrzewany oddechem sopel, monstrum zmieniało się w
kałużę cuchnącej brei. Kiset nie musiał nawet otwierać pyska: to, co niedawno było
jeszcze żywym, twardym połciem, przeciekło mu między zębami dwiema strugami
sinego śluzu. Odskoczył od swej ofiary i, ocierając mordę łapą, przyglądał się jej
agonii tak spokojny i obojętny, jakby nic się nie stało, jakby przed kilkoma
chwilami nie stoczył walki na śmierć i życie.
Zaszokowany tym widokiem Iti nie zauważył dotąd, że nie jest jedynym
świadkiem zdarzenia. Obudzeni odgłosami walki towarzysze stali za nim i w
milczeniu przyglądali się topniejącemu w oczach zewłokowi.
 Dosh!  szepnął po dłuższej chwili Ro-non.
 Tak, to był dosh  odezwał się To-sar.  Kirvi-ginn udowodnił, że godzien
jest swego imienia.
 Rozpuścił się!  Vortar w zdumieniu oglądał śmierdzącą kałużę.
 Rozpuścił się jak kawał łoju nad ogniem!
 Dosh to autochton podziemi, jeden z tych, którzy byli tu zawsze. Niegdyś
podobne mu stworzenia władały jaskiniami. Kirvi jest z nich największy. Dopiero
przybycie xinxow położyło kres ich panowaniu w labiryncie.
 To xinx nie pochodzi stąd?  zdziwił się Iti.
 Smoki są dziećmi Pustyni Zmierci. Bardzo dawno temu zadomowiły się w
jaskiniach. Dzięki swemu blaskowi stały się nietykalne dla tutejszych stworów,
które zabija światło.
 Lecz skąd o tym wiedział kiset?
 W tym zwierzęciu lęk zastąpiła nienawiść. A nienawiść jest najlepszą
pożywką dla jego instynktu, który potrafi podpowiedzieć więcej niż najtęższy
rozum. Skoro kiset zauważył, że jego wrogowie boją się światła, pierwszym
odruchem było wciągnięcie przeciwnika w zabójczą dla niego strefę.
 To już jest logiczne myślenie, przypisujesz mu chyba zbyt wiele  Jastihoreno
nie był do końca przekonany.
 Kirvi-ginn przeszedł zwycięsko szkołę ciemności. Nie sposób nawet domyślić
się, czego musiał się nauczyć. A że był dobrym uczniem, miałeś okazję widzieć.
 Nie zdziwię się, jeśli następnym razem przywlecze tu xinxa  mruknął Vortar
i, choć w jego głosie brzmiały nuty podziwu, dodał złośliwie:  Zresztą, nawet
powinien, przecież zrobiliście go Zabójcą...
To-sar pominął milczeniem kpiącą aluzję starego. On znał podziemia i wiedział,
że żartować z nich nie wolno.
*
Wędrówka miała się ku końcowi, tak przynajmniej twierdził znający dość
pobieżnie te jaskinie Ro-non. Nadszedł czas, by opuścić podziemia, gdyż wszystkie
zapasy były już na ukończeniu. Największą grozbę stanowiła szybko malejąca
liczba łuczyw, dlatego do rozpalania ognisk nie używali już drewna, zastępując je
rosnącymi gdzieniegdzie wątłymi roślinami. Rachityczne kłącza dawały nikły
blask, nie grzały zupełnie, ale resztki drzewa należało oszczędzać na wypadek,
gdyby przedwcześnie skończył się zapas pochodni.
Tego dnia, o ile można było mówić o dniach i nocach, napotkali pierwszy znak
świadczący o rychłym końcu drogi. Niespodziewanie w zasięg światła wpadł
griios, mały mieszkaniec jaskiń i lochów. Trzepotał się rozpaczliwie, oślepiony
blaskiem płomieni, bił błoniastymi skrzydłami to po ścianach, to po głowach [ Pobierz całość w formacie PDF ]