[ Pobierz całość w formacie PDF ]

się wbić metalową rączkę szpachelki w szczelinę i stukając kawałkiem kamienia
wyłamać tę cegłę. Z kolejnymi poszło już łatwiej. Jacek zmieniał co jakiś czas to mnie,
to szefa. Wreszcie usunęliśmy dwadzieścia cegieł z pierwszej warstwy. Popatrzyłem na
zegarek. Minęły już dwie godziny. Miałem nadzieję, że mur wzniesiono na podwójną
cegłę. Jednak gdy z wielkim trudem wyłamaliśmy kolejną okazało się, że nasze nadzieje
są płonne. Na szczęście jeszcze nie zaczęliśmy odczuwać skutków podtrucia
dwutlenkiem węgla.
73
ROZDZIAA JEDENASTY
POGRZEBANI %7łYWCEM * BRAK TLENU * DR%7ł SZYB * REANIMACJA *
"REZYDENCJA POD ORAEM" * TAJEMNICA WERSALKI * ARESZTOWANIE WROGA
Szarpałem mur z wściekłością. Nareszcie po wyjęciu cegły z trzeciej warstwy
zobaczyłem tynk przesiąknięty czarną masą bitumiczną - zewnętrzne uszczelnienie
lochu. Wydzierałem z muru kolejne cegły, a pan Tomasz i Jacek dzielnie mi
sekundowali. Powietrze wolno, ale nieubłaganie stawało się coraz bardziej duszne.
- Jak dorwę tego Baturę, to... - zazgrzytał zębami szef.
Kolejna cegła potoczyła się na ziemię. Uznałem, że tyle wystarczy. Zacząłem ryć
twardą glinę zwałową, otaczającą tunel. Popatrzyłem na zegarek. Mijało właśnie osiem
godzin od naszego uwięzienia. Powietrze było już bardzo kiepskie, ale powinno
wystarczyć jeszcze na jakieś cztery godziny. Ryłem w glinie i zrzucałem urobek na dół,
a Jacek wraz z szefem odgarniali to wszystko na bok. Drążyłem szyb pionowo do góry.
W ścianach zostawiałem zaczepy dla nóg. Wdrapałem się już dwa metry. Ręce
odmawiały posłuszeństwa.
Zeskoczyłem na dół i bez słowa wręczyłem Jackowi szpachelkę. Była już nieco
pogięta, a jej ostre rogi zeszlifowały się na skutek tarcia o zaprawę. Wspiął się i podjął
moją pracę.
- Mamy jakieś szansę? - zapytał szeptem szef.
- Nie wiem. Szyb jest na wysokości sufitu lochu. Jeszcze może cztery metry...
- Jak radzą sobie na łodziach podwodnych?
- Tam mają specjalne substancje pochłaniające dwutlenek węgla. Wtedy powietrza,
które nie jest wtórnie skażone, starcza na znacznie dłużej - powiedziałem. - Cholerny
Batura. Odpowie za usiłowanie zabójstwa z premedytacją.
Wygarnąłem kolejną porcję gliny z szybu.
- A jak sprytnie zastawił na nas tę pułapkę...
Szef wygarnął kolejną porcję ziemi. Godzinę pózniej zmienił siostrzeńca. Chłopiec
wyglądał raczej nie najlepiej.
- Duszno - wychrypiał.
- Ile się wspiąłeś?
- Ze dwa metry.
- Jeszcze dwa i będziemy na miejscu - szepnąłem.
Wyobraziłem sobie naszą agonię. Powolne, być może trwające nawet kilka godzin,
duszenie się z braku tlenu. Szef pracował szybko, z furią. Na chwilę przerwał kopanie i
usłyszałem w ciemnościach pikanie telefonu komórkowego.
- Nadal nie ma pola - powiedział i podjął pracę. Wiedziałem, co to oznacza. Od
powierzchni dzieliło nas więcej niż dwa metry ziemi. Dla wytłumienia sygnału potrzeba
było co najmniej trzech metrów gliny. Zmieniłem szefa. Oddychanie stawało się
problemem. Przed oczyma zaczęły mi latać czerwone plamki. Skupiłem się i dłubałem w
stropie jak oszalały. Oddechy moich towarzyszy stawały się coraz głośniejsze.
Powolutku dusiliśmy się we trójkę.
Wyjąłem swój telefon, ale poziom sygnału nadal był zbyt słaby. Zresztą do kogo niby
miałbym zadzwonić? Minęła jeszcze godzina. Pan Tomasz i Jacek stali, schylając się
tylko po to, żeby wygarnąć ziemię. Warstwa dwutlenku węgla sięgała już do pasa.
Powietrze nad nim prawie nie nadawało się do oddychania. Zapaliłem zapałkę i powoli
opuściłem ją w stronę dna szybu. Na poziomie wlotu do tunelu zgasła. Dwutlenek węgla
74
odciął mnie od resztek powietrza w korytarzu. Gdy wyczerpie się to zawarte w kominie
stracimy ostatnią szansę. I oto nieoczekiwanie poczułem pod palcami coś zimnego. Lód.
Dotarłem do warstwy zamarzniętej ziemi, zatem od powierzchni dzieliło mnie nie więcej
niż pół metra. Zajrzałem do korytarza. Szef trzymał w ręce wypaloną zapałkę. Ze
smutkiem pokazał dłonią linię na wysokości połowy piersi.
Wróciłem do szybu i z furią zaatakowałem sufit. Wreszcie solidny kawał zamarzniętej
ziemi runął mi na głowę, a potem w dół. Przez otwór lało się ożywcze zimowe
powietrze. Przez chwilę wentylowałem płuca, potem zbiegłem na dno szybu. Jacek łapał
powietrze jak wyrzucona na brzeg ryba. Jego usta zrobiły się zupełnie sine. Złapałem go
bez namysłu i powlokłem do szybu. Z niemałym trudem wypchnąłem go na
powierzchnię ziemi i wróciłem po szefa. Gramolił się jakoś. Szło mu to wyjątkowo
ciężko, nie mógł zapanować nad synchronizacją ruchów. Ująłem go pod pachy i z
największym wysiłkiem popychając do góry wyciągnąłem na zewnątrz. Zaczerpnął
parokrotnie powietrza.
- On nie oddycha - wychrypiał.
Obejrzałem się. Jacek leżał jak martwy. Natychmiast zastosowałem sztuczne
oddychanie i masaż serca. Trzy wdechy i ucisk klatki piersiowej. Po chwili zaczął [ Pobierz całość w formacie PDF ]