[ Pobierz całość w formacie PDF ]

d\entelmena.
 Niech pan ucieka  powtarzała madame Eveline.
Ja jednak wcią\ stałem obok niej, zupełnie niezdecydowany. A pogoń znajdowała się
coraz bli\ej i bli\ej.
Zastanawiałem się, jak daleko jest jeszcze do szosy i do gospody, w której był telefon.
Otaczające nas ciemności utrudniały ocenę sytuacji. Znajdowaliśmy się w kręgu światła
reflektora, co jeszcze bardziej pogłębiało wra\enie mroku otaczającego nas zewsząd.
 Mamy ich! Są!  usłyszałem radosny wrzask grubasa. Tylko kilka kroków dzieliło nas
od faceta z trzcinka. Po chwili, gdy i oni wpadli w krąg światła, dojrzałem, \e jest ich
czterech: grubas, facet z trzcinka, Robinoux i nosacz.
 No, przeciw tej czwórce sam nic nie poradzę  pomyślałem. I w tym momencie zde-
cydowałem się dać drapaka, pozostawiając ciotkę Eveline. Albowiem najwa\niejsze było,
aby powiadomić policję o przygotowywanej przez Marchanta ucieczce.
Nagle, tu\ za plecami, usłyszałem gwizd. I zaraz takie same gwizdy rozległy się ze
wszystkich stron.
Tak, to były policyjne gwizdki. Wzgórze zamkowe otoczone było przez policję.
Zrozumiał to i Marchant. Błyskawicznie zgasił reflektor, który od tej chwili mógł
utrudniać poło\enie jego ludziom. A czterej złoczyńcy rzucili się do ucieczki w stronę
bramy zamkowej. W ślad za nimi, porozumiewając się gwizdkami i świecąc latarkami
elektrycznymi, szeroka ławą biegli policjanci.
Nad zamkiem zaczął krą\yć policyjny helikopter.
Z ciemności nocnych wyłonił się łysy komisarz policji.
W krótkich słowach wyjaśniłem mu sytuację. Wspomniałem te\ o uwięzieniu Pigeona i
przygotowywanej ucieczce Marchanta.
 Pigeon siedzi w lochu?  niemal ucieszył się komisarz.  Dobrze mu tak. Nie chciał
ze mną współpracować. W ogóle mogliście zepsuć całą sprawę. O mały figiel nie spło-
szyliście Marchanta.
 Caramba, porca miseria!  zawołała ciotka Eveline.  To takie podziękowanie
otrzymuje się za udział w akcji przeciw Fantomasowi?
 Madame  odrzekł grzecznie komisarz.  Czy nie sadzi pani, \e w pani wieku nie
jest czymś stosownym uganiać się po wykrotach?
Stara dama chciała coś odpowiedzieć, ale obok nas pojawiła się Yvonne. Jak się okazało,
przybyli pod zamkowe wzgórze policjanci natknęli się na pozostawioną na stra\y dziew-
czynkę i chłopca. Komisarz dowiedział się od nich o naszej wyprawie do zamku i wyraził
swoje niezadowolenie. Gdy złoczyńcy rzucili się za nami w pogoń, komisarz i jego ludzie
przez cały czas obserwowali pościg. Czekali cierpliwie, a\ ścigający nas złoczyńcy
wpadną im prosto w ręce. Niestety, któregoś z policjantów poniosły nerwy, zbyt wcześnie
skorzystał z policyjnego gwizdka. Złoczyńcy rzucili się do ucieczki.
Teraz, w ślad za policjantami, zaczęliśmy znowu wspinać się na zamkowe wzgórze.
Schwytanie złoczyńców wydawało się ju\ proste i łatwe.
Przez całą drogę komisarz nie przestawał pomrukiwać gniewnie:
 Będę miał wielką satysfakcję, uwalniając z lochu Pigeona. Obiecał informować mnie
o wszystkich swoich planach i podejrzeniach, a postąpił zupełnie inaczej. Dlaczego?
Przecie\ to oczywiste, \e nagroda za Fantomasa przypadnie w udziale tej panience 
wskazał Yvonne.  To ona pierwsza zwróciła uwagę policji na osobę Marchanta. Zba-
daliśmy przeszłość tego pana i okazało się, \e Pierre Marchant, handlarz win, nie \yje od
kilku lat. Wdowa po prawdziwym Marchancie otrzymała du\o pieniędzy za milczenie i
oto Pierre Marchant zmartwychwstał jako Fantomas. Ciekaw jestem, jak on się nazywa
naprawdę?
Roześmiałem się cichutko.
 Z czego pan się śmieje?  burknął komisarz.  Có\ w tym wesołego?
 Wiem, dlaczego Pigeon wolał pana nie informować o swoich planach. On zrezygno-
wał z nagrody za Fantomasa.
 A czemu\ to?  zdziwił się komisarz.
 Bo on chce otrzymać nagrodę za schwytanie Johna Blacka.
 Co takiego?  komisarz wpadł do wykrotu, nie zauwa\ywszy go w ciemnościach.
Gramoląc się z niego, jeszcze przez chwilę nie mógł opanować zdumienia.
 A więc to tak!  powtarzał. I ostro gwizdnął.
 Panowie!  krzyknął tubalnie do policjantów.  Ruszajcie się \wawiej. Czy wiecie,
kto na nas czeka w Orlim Gniezdzie? John Black.
Sam dzwięk tego nazwiska wystarczył, aby tyraliera policjantów przyspieszyła kroku.
Było oczywiste, \e nawet mysz się nie prześliznie przez policyjny kordon. Schwytanie
złoczyńców pozostawało kwestią minut.
Jednak\e, wbrew logicznym przewidywaniom, bieg wydarzeń wkrótce się skomplikował i
wcale nie nastąpił po myśli komisarza.
Złoczyńcy uciekli pod bramę zamkowa, którą Marchant... zamknął im przed nosem.
 Zdradził ich w trudnej chwili  pomyślałem.  Sam zabarykadował się w Orlim
Gniezdzie, a ich pozostawił na pastwę losu .
Jako\ policjanci otoczyli opryszków pod zamknięta bramą.
 Stój! Stój! Poddać się! Ręce do góry!  wołali mierząc do nich z pistoletów.
Nadjechały policyjne samochody, ich reflektory oświetliły bramę. W blasku świateł czte-
rej złoczyńcy stali nad wyraz spokojnie, opierając się plecami o odrzwia bramy.
Wreszcie, gdy pojawił się łysy komisarz policji, zabrał głos Robinoux:
 Co się tu dzieje, u licha, panie komisarzu? Chyba nie mnie panowie szukają?
 Nie, nie pana  odparł komisarz i zaraz się poprawił:  To znaczy nie tylko pana,
przede wszystkim Marchanta. Mam nakaz aresztowania.
 O Bo\e!  udał zdumienie Robinoux.  A za co, drogi komisarzu? Jakie\ to on po-
pełnił przestępstwo? Komisarz policji wyrzekł z ogromna godnością:
 Pierre Marchant jest poszukiwanym przez nas Fantomasem alias Johnem Blackiem.
 O rany! Naprawdę?  znowu udał zdumienie Robinoux.  A ja nic o tym nie wie-
działem. Ten pan wynajął mnie do wykonania pewnego detektywistycznego zadania.
Nie miałem pojęcia, \e to a\ tak niebezpieczna figura.
Odezwał się grubas:
 Mnie przyjął do popychania swego inwalidzkiego fotela...
 A ja byłem dozorcą zamkowym  powiedział facet z trzcinką.
Komisarz tupnął nogą.
 Nie zgrywajcie się tu przede mną. Braliście udział w kradzie\y obrazów.
Robinoux ze smutkiem pokiwał głową.
 To powa\ny zarzut, komisarzu. Trzeba go udowodnić.
Pomyślałem, \e komisarzowi wcale nie będzie łatwo udowodnić tym opryszkom udział w [ Pobierz całość w formacie PDF ]