[ Pobierz całość w formacie PDF ]

No, dalej, pomyślałam. Neli posłała tajemniczy uśmieszek, który tylko ja zobaczyłam. Zacisnęłam zęby niewiarygodnie
wkurzona. Kiedy wychodziła szybko za drzwi, zorientowałam się, że jej twarz odbija się w staromodnym świeczniku na
ścianie. Był wykonany z mocno wypolerowanego kawałka metalu, żeby podwójnie odbijał światło. Metal podziałał jak
zwierciadło, a w tym zwierciadle zauważyłam, jak Anne obserwuje Neli. Więc ona też widziała uśmieszek. Wspaniale!
Wiecie, wydaje mi się, że ważne jest, aby się zatrzymać i doceniać chwile takie jak ta - bardzo nas wzbogacają.
Neli zrobiła przedstawienie, zatrzaskując za sobą drzwi - podkreśliła, że wychodzi, a mnie nauczycielka poprosiła, żebym
została.
Odwróciłam się do Anne.
- Nie rozwaliłam jej głupiego kamienia. - Skrzyżowałam ręce na piersiach. Miałam wielką nadzieję, że nie jestem
nieodwracalnie mroczna, ale bałam się, że Anne powie, że jestem, że mimo wszystko nie nadaję się do tego domu, że
powinnam wyjechać.
- Czy to możliwe, żeby czarne zaklęcia w twoim pokoju zostawiła Neli? - spytała Anne.
Byłam tak zaskoczona, że minutę zabrało mi przyswojenie jej pytania.
- Nie wiem - odparłam powoli, z namysłem. - Nie sądziłam, że ma dość mocy, ale prawdę mówiąc, nie bardzo potrafię to
ocenić. I nie przypuszczałam, że tak strasznie mnie nienawidzi. Ale teraz zaczynam się zastanawiać.
- Dlaczego miałaby cię nienawidzić? - Niebieskie oczy Anne były miłe i zaciekawione.
- Właściwie... nie wiem - odparłam z zakłopotaniem. -Jeżeli w ogóle za coś, to za Reyna. Szaleje za nim, a on nie zdaje
sobie z tego sprawy. Ale oczywiście Reyn i ja się unikamy, to znaczy, on jest diabłem. Więc jeżeli Neli chodzi o Reyna, to
marnuje czas. Nie mogę jednak zaprzeczyć, że chyba jedzie w pociągu  nienawiść do Nastasyi".
- Hm. - Anne odgarnęła z twarzy miękkie ciemne włosy.
- Ale nie zniszczyłam jej kamienia - dodałam na wszelki wypadek. - Nie posłużyłam się magyią w dawny sposób.
- Tak, wiem - przyznała. - Ona to zrobiła. Jej kamień nie chciał się z nią połączyć.
- Ooo, czyli samozniszczenie? - Zamrugałam.
- Mhm. Chociaż jestem raczej pewna, że to był kamień odpowiedni dla niej - powiedziała Anne. - Ciekawe. Jak odebrałaś
swoją moc?
Nie chciałam się przechwalać ani się wywnętrzać.
- Jest... naprawdę fajna. Silna. Nie wydawała mi się czarna ani przerażająca jak coś, od czego pragnęłabym uciec.
Słyszałam słowa, które śpiewałam, i pomyślałam, że brzmią... silnie. Pięknie. - To tyle bez przechwalania.
- Bo to prawda. Były niewiarygodnie silne. I niewiarygodnie piękne. To twoje dziedzictwo. - Spojrzała na mnie znowu,
jakby usiłowała zapamiętać moją twarz.
Zaczęłam czuć niepokój. Wsunęłam kamień księżycowy do kieszeni i odwróciłam się po kurtkę. Na zewnątrz nagle
zapadła noc, okryła świat jak czarny woal i widziałam płatki śniegu, które zaczynały spadać na ziemię.
- Jak ci się podoba twój kamień?
Zerknęłam w dół, usiłując zapiąć głupi podwójny zamek w kurtce. Kto kiedykolwiek chciałby rozpinać kurtkę od dołu do
góry? Nikt! Uniosłam głowę i spojrzałam w jasne oczy Anne. Nie zobaczyłam w nich żadnej złośliwości ani drwiny.
- Kocham go - wypaliłam zawstydzona, że aż tyle wyznałam. - Kocham go. Jest mój. Jest... jest...
- Częścią ciebie - dokończyła spokojnie.
- Tak - wymruczałam; już dałam sobie spokój z zamkiem.
- To idealny kamień dla ciebie - stwierdziła Anne, sprzątając pokój i wkładając kurtkę. - Dzięki niemu będziesz władała
interesującą magyią. Nie mogę się doczekać, żeby to zobaczyć.
Nie wiedziałam, co powiedzieć.
- Pamiętasz, jak uczyłaś się pieśni, którą śpiewałaś? -Zamknęła za nami drzwi. Szłyśmy korytarzem ramię w ramię.
Zrobiło się pózno. Powieki mi ciążyły i byłam wyprana z emocji.
- Nie. - Osłoniłam się kurtką, kiedy wyszłyśmy na zimne nocne powietrze. Ciemność dodawała intymności naszemu
spacerowi. Nagle z moich ust zaczęła wypływać prawda. Niesamowite. - Czułam, że pieśń po prostu wychodzi, jak piach z
ziemi - odparłam. - Czułam się tak, jakbym sięgnęła po coś, co już istniało i po prostu przeze mnie przepłynęło.
Anne pokiwała głową.
- A potem, tuż zanim kamień Neli obrócił się w proch, nagle przypomniałam sobie matkę. Zpiewała tę samą pieśń i coś
robiła. Nie wiem co. - Nigdy z własnej woli nie wspominałam nikomu o swojej rodzinie i przygotowałam się na krzyżowy
ogień pytań.
Anne jak zwykle zareagowała inaczej, niż się spodziewałam.
- To bardzo stara moc, moja droga. I jak mówiłam, bardzo silna. Jesteś jedyną osobą na ziemi, która ma dostęp do tej
linii mocy. To potężny, choć napawający strachem dar. - Jej oczy lśniły w ciemności, a ja wstrzymywałam oddech, czekając
na potworne obdzieranie z kolejnych cebulowych warstw. Nie byłam gotowa. Jeszcze.
Anne potarła dłonie i pochuchała w nie.
- Wiesz, że Reyn wcale nie jest takim diabłem, prawda? - Na jej ustach zatańczył cień uśmiechu.
- Nie, nie wiem - burknęłam. Roześmiała się.
- Jedno jest pewne, nie wierzymy w diabła. W zło wierzymy. Istnieje. Walczymy z nim każdego dnia. Ale w diabła? Nie.
- Dobra, w takim razie, wysłannikiem diabła - stwierdziłam ugodowo.
Ujęła moje dłonie w swoje.
- Rozumiem, dlaczego tak się czujesz, Nastasyo. - Jej głos był teraz poważny. - Rozumiem. Ale wiesz, że Reyn jest po
prostu mężczyzną, tyle że nieśmiertelnym. To, kim był i co robił... on się wychował w takiej kulturze. Czy tylko on
zaatakował zamek twojego ojca?
- Ale tylko on się do niego dostał - odparłam oschle. Bolało mnie serce. Nie chciałam o tym rozmawiać.
- Czy jego horda była jedyną, która niszczyła wioski? - ciągnęła Anne łagodnie. - Cała historia ludzkości
to ciągłe podboje, najazdy, branie w niewolę. W naszych czasach ludzie to widzą, wiedzą o tym i to piętnują. Ale wtedy to
stanowiło część życia, jak zarazy, oranie końmi i śmierć siedmiorga z dziesięciorga dzieci.
- Usprawiedliwiasz go? - spytałam chłodno. Nie wierzyłam własnym uszom.
- Ależ skąd - powiedziała stanowczo Anne. - Nie każdy człowiek w tamtych czasach wybierał jego drogę. Wielu, wielu
chciało pokoju, chciało mieć domy i rodziny. Nie, Reyn był brutalnym, żądnym władzy wojownikiem. Urodził się w
barbarzyńskiej kulturze, dla której podbijanie innych narodów było normą. Nie przeciwstawił się jej, nie uciekł od niej.
Przyjął jej okrucieństwo, śmierć, ciemność. Ale prawie trzysta lat temu porzucił broń i zbroję. Zostawił dom ojca i zrzekł się
przywództwa. Jego ludzie skazali go na banicję za to, że postanowił odrzucić ciemność i śmierć. Od tamtej pory walczy w
innej wojnie, z samym sobą, przeciw własnej naturze. Uparcie stara się wybierać dobro, a nie zło, pokój, a nie przemoc,
życie, a nie śmierć.
Przypomniałam sobie, jak Reyn mówił, że podążanie za ciemnością oznacza szaleństwo i niekończący się ból.
- Ta ciężka walka toczy się od tamtej pory każdego dnia - ciągnęła Anne. Byłyśmy pod domem, ale stałyśmy na zewnątrz, [ Pobierz całość w formacie PDF ]