[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Belinda odwróciła wzrok i oddała telefon Tamarze.
- Czy nie można w jakiś sposób powstrzymać tej Hollings przed wypisywaniem
podobnych bzdur?
„Czyżby miłość wybuchła na nowo?" Nawet nie spała z Colinem. Jeszcze nie. Do-
piero co wróciła z Nowego Jorku do Anglii, prosto na ślub Pii.
- Co zamierzasz zrobić? - spytała Tamara.
Belinda wzruszyła ramionami.
- A co ja mogę zrobić? Nic. Nie będzie ani rozwodu, ani anulowania małżeństwa.
- I to wszystko? Tak po prostu z nim zostaniesz, dopóki was śmierć nie rozłączy?
- Co to, to nie! - zaprzeczyła gorąco. - Mamy z Colinem umowę. Będziemy mał-
żeństwem dwa lata. Po dwóch latach będę mogła odejść, a wraz ze mną dwa rodowe ma-
jątki rodziny Wentworth.
Tym razem jej adwokat dopilnował każdego szczegółu, przecinka, kropki i ze spo-
kojem mogła podpisać dokumenty.
- A mnie się wydaje, że mimo wszystko Colinowi musi na tobie zależeć, bo po co
by aranżował to wszystko? Dlaczego chce, byś była jego żoną? W tym musi coś być -
przekonywała romantycznie usposobiona Pia.
- Szczerze wątpię.
- Zostaniesz z Easterbridge'em tylko do czasu, aż dostaniesz te dwie posiadłości,
czy tak? - upewniała się Tamara.
- Tak, właśnie tak - pokiwała głową.
- W takim razie proszę cię, bądź ostrożna. Może się okazać, że to jest zwykły pod-
stęp. Coś o tym wiem.
Belinda domyślała się, że Tamara wciąż ma w pamięci tę chwilę, gdy jej przyszły
mąż zaproponował im pewien układ.
- Nie martw się, poradzę sobie - odparła spokojnie.
- Jesteście małżeństwem, więc jedyne, co może wam się jeszcze przytrafić to...
- Nic się nie przytrafi - dokończyła Belinda, demonstrując niezachwianą pewność
siebie.
Podczas przyjęcia Colin nie odrywał wzroku od swojej żony. Stał w rogu sali ba-
lowej, z kieliszkiem wina w dłoni i wciąż wypatrywał Belindy, która pochłonięta była
rozmową z jakąś hrabiną. Zaproszeni goście zaczęli powoli zapełniać parkiet, dając się
ponieść rytmicznym dźwiękom muzyki. Niektórzy woleli jednak tak jak on sączyć drin-
ki.
Belinda wyglądała olśniewająco w dopasowanej szkarłatnej sukni z satyny i rubi-
nowo-diamentowej kolii. Na włosach połyskiwał delikatny diadem upleciony we flory-
styczny wzór. Biżuterię podarował jej tego ranka w hotelu, w którym spotkali się, by ra-
zem pojechać na ślub. Zachowywał się poprawnie i uprzejmie, choć miotało nim silne
pragnienie, by mieć ją znów, tak jak kiedyś w Las Vegas. Tym razem jednak nie mogła-
by już od niego uciec.
Odstawił kieliszek na tacę przechodzącego obok kelnera i skierował swe kroki pro-
sto do żony.
- Jak się bawisz, kochanie? - Nim zdążyła się odsunąć, pocałował ją lekko w poli-
czek.
Hiszpańska hrabina uśmiechnęła się do nich z wyrozumiałością.
- Colin, pozwól, że ci przedstawię...
- Miałem już ten zaszczyt - przerwał jej uprzejmym głosem. - Cieszę się, że mogę
panią znów widzieć, hrabino.
- I z wzajemnością, markizie.
Ujął Belindę za łokieć.
- Czy pozwoli pani, że porwę swoją piękną małżonkę do tańca?
- Och, ale... - Belinda próbowała protestować, ale wiedziała, że jeśli nie chce zrobić [ Pobierz całość w formacie PDF ]