[ Pobierz całość w formacie PDF ]

- Nie. Za duże ryzyko. Lepiej czekać w domu. Straż nie-
długo przyjedzie
- To znaczy kiedy?
- Za jakieś dwadzieścia minut.
Za dwadzieścia minut z Fiony McLaren zostanie tylko
garstka popiołu.
Znów podbiegła do okna. Ogień był coraz bliżej. Wielka
ognista kula przetaczała się przez korony gigantycznych eu-
kaliptusów. Dołem czerwień, górą złoto. Czerwień łączyła się
ze złotem. Drzewa jedno po drugim stawały w płomieniach
i eksplodowały z hukiem, jak bomby.
Matko święta! Dlaczego ta kobieta kazała zostać jej w do-
mu? Czy nie lepiej spróbować teraz dostać się do samocho-
du i uciec nad rzekę?
Nagle pomyślała o Byrnie Drummondzie. Przecież on tu
mieszka od urodzenia. Wie, co robić. Trzeba do niego za-
dzwonić. Przecież mieszkają po sąsiedzku, a sytuacja... sy-
tuacja nie może być bardziej rozpaczliwa.
S
R
Dokładnie w tym momencie odezwał się telefon. Fiona
doskoczyła do niego jednym susem i złapała za słuchawkę.
- Tak! Halo! Halo!!
- Fiona? Tu Byrne.
- Chwała Bogu! Byrne! Właśnie miałam do ciebie dzwo-
nić. Busz się pali! Ogień idzie prosto na mój dom!
- Tak. Zauważyłem to. Już jadę do ciebie.
- Naprawdę?! Och, Byrne, to cudownie! Dziękuję, bardzo
ci dziękuję! Mógłbyś się pospieszyć? Nie jestem panikarą, ale
nie mam pojęcia, co robić!
- Jadę najszybciej, jak mogę. Będę za jakieś dziesięć minut.
- Dziesięć?!
- Zadzwoniłem po straż pożarną.
- Ja też dzwoniłam. Ale zanim przyjadą, miną wieki. Ka-
zali mi siedzieć w domu, czy nie lepiej jednak uciekać nad
rzekę?
- Jak daleko od domu jest ogień?
- Poczekaj, zobaczę!
Pomknęła do okna, potem z powrotem.
- Jakieś dwieście metrów.
- W takim razie musisz zostać w domu. Nie dasz rady do-
trzeć do rzeki. Za pózno.
- Och, Boże mój, Boże!
- Nie martw się, Fiono. Będzie dobrze. Tylko nie ruszaj
się z domu.
Och, jak by chciała, żeby te słowa wlały w niej choć tro-
chę otuchy Niestety...
- Byrne, może jednak pobiegnę do samochodu? Dojadę
do drogi.
S
R
- Absolutnie nie. Widzę stąd, że ogień idzie już wzdłuż
drogi do White Cliffs.
- To jak ty tu dojedziesz?!
- Jadę inną drogą, przez pastwiska.
- Ja bym też mogła pojechać przez pastwiska.
-I przy okazji władować się na drzewo albo do kanałku.
Nie ma mowy. Siedzisz w domu i czekasz. Zaraz tam bę-
dę. Aha, powinniśmy utrzymywać z sobą stały kontakt. Linie
wysokiego napięcia mogą się spalić. Kiedy połączenie zosta-
nie przerwane, przejdz na komórkę.
- Dobrze. Lecę po komórkę. Nie rozłączaj się.
W ciągu kilku sekund była już z powrotem. Szybko
wprowadziła do komórki numer, który podyktował jej
Byrne. Potem, z duszą na ramieniu, odłożyła słuchaw-
kę telefonu stacjonarnego, wystukała numer w komórce
i omal się nie rozpłakała z radości, kiedy ponownie usły-
szała głos Byrnea.
- Co teraz, Byrne?
- Musisz osłonić się przed ogniem. Co masz na sobie?
- Teraz? Hm... - Spojrzała w dół. - Teraz nic.
- Ubierz się, jak najszybciej. Dżinsy, wełniany sweter
z długimi rękawami, buty, najlepiej skórzane, solidne. I ka-
pelusz. Pozamykaj też wszystkie okna i drzwi, żeby do środ-
ka nie wpadła jakaś iskra.
- Jasne! Dzięki!
Była mu ogromnie wdzięczna za wszystkie instrukcje.
Kiedy człowiek wie, co robić, i tym się zajmie, łatwiej zapa-
nować nad strachem. Ubrała się błyskawicznie, potem prze-
biegła przez dom, zamykając sukcesywnie wszystkie okna.
S
R
Starając się nie patrzeć, co dzieje się za nimi. Nie pa-
trzeć na fruwające w powietrzu płonące gałęzie drzew. Na
przerażającą ścianę gniewnych pomarańczowo-czerwonych
płomieni, która przesuwała się przez czarną noc, pożerając
wszystko, co napotkała na swojej drodze.
- Jesteś tam, Byrne?
- Tak. Jak tam u ciebie?
- Okropnie! Ogień jest coraz bliżej. O Boże!
- Fiono! Jesteś tam?
- Tak. Zwiatło zgasło. Byrne, tak się boję! Gdzie teraz
jesteś?
- Już niedaleko. Zaraz tam będę.
- Proszę, przyjedz jak najszybciej, proszę, proszę...
Głos Fiony załamał się, przeszedł w szloch.
- Wszystko będzie dobrze, Fiono. Jesteś mądrą, dzielną
dziewczynką. Teraz pozgarniaj wszystkie koce i przykryj się.
Zrobi się bardzo gorąco, musisz się przed tym osłonić.
- Dobrze. Idę do szafy... Mam już koce. Co teraz?
- Teraz wez butelkę z wodą. Musisz dużo pić, żebyś się nie
odwodniła.
- Dobrze. Idę do kuchni po wodę.
- Grzeczna dziewczynka.
- Byrne?
-Tak.
Wsunęła komórkę między brodę a ramię i szybko wyjęła
z lodówki butelkę z wodą.
- Dzięki, Byrne. Dzięki za wszystko.
Ogień szedł na dom dokładnie z drugiej strony, dlatego
Fiona zdecydowała, że zostanie w kuchni. Blisko kojącego
S
R
chłodu solidnej żelaznej lodówki. Wytrzymała tam jednak
tylko chwilę. Podbiegła do okna i...
I wtedy usłyszała klakson. W ciemnościach, na południe
od domu, pojawiły się dwa rozchwiane żółte światła.
Byrne. Chwała Bogu.
Tuląc do piersi koce, komórkę i butelkę z wodą, wpatry-
wała się z natężeniem w żółte światła. Samochód był coraz
bliżej. Kiedy wreszcie dojechał do trawnika, wybiegła z do-
mu jak wicher. Sfrunęła po schodkach werandy i potykając
się, pognała przez trawnik.
Land cruiser wyhamował z piskiem opon. Sekunda i Byr-
ne stał już przy niej. Objął ją. Nigdy jeszcze w życiu nie czuła
tak wielkiej ulgi, jak teraz, w jego ramionach. Był taki wysoki
i silny, prawdziwa opoka.
- Po chwili puścił ją, delikatnie odsunął na bok i wyjął z sa-
mochodu długą latarkę.
- Poczekaj tu, Fiono. Pójdę sprawdzić, jak to tam wygląda.
Zrobił szybki obchód domu. Widziała przez otwarte
drzwi, jak odkręcił kran. Słyszała też, jak zaklął, kiedy spad-
ła tylko jedna kropla.
- Ten twój zarządca to zwyczajny obibok! - zawołał, sta-
rając się przebić przez ogłuszający ryk nadciągającego ognia.
Po chwili wrócił i przekazał jej hiobową wieść.
- Nie ma jak ratować domu.
- Za małe ciśnienie wody?
- Nie tylko. Pasy przeciwpożarowe na tyłach farmy są
kompletnie zarośnięte. Ogień idzie na dom i nic go nie za-
trzyma.
- A straż pożarna?
S
R [ Pobierz całość w formacie PDF ]