[ Pobierz całość w formacie PDF ]

sto sześćdziesiąt pięć godzin niepewności. Dziewięć
tysięcy dziewięćset minut. Ponad pół miliona sekund.
Jak ona to przeżyje? Tak bardzo by chciała mieć to już
za sobą.
Kiedy wieczorem przyjechali do domu, Ramon za-
trzymał się u podnóża schodów.
 Jest coś, o czym chciałbym z tobą porozmawiać.
A więc stało się. Ma zamiar powiedzieć jej o kobie-
cie, z którą rozmawiał. %7łe się zakochał. %7łe...
 Jennifer?
 Przepraszam. Zamyśliłam się.
 Jesteś po prostu przemęczona. Za pięć minut bę-
dziesz w łóżku, czy ci się to podoba, czy nie. Ale przed-
tem chodz ze mną.
Prowadził ją schodami w górę i Jennifer czuła, że
drży. Co on chce jej powiedzieć?
Zatrzymał się przed drzwiami dziecinnego pokoju.
 Zamknij oczy.
Zmarszczyła brwi.
 Zamknij oczy  powtórzył.  Zrobisz to dla mnie?
Tę prośbę nietrudno było spełnić.
 Doskonale. Możesz je teraz otworzyć.
Gdy to zrobiła, z jej ust wyrwał się okrzyk zdu-
mienia. Pokój, który wspólnie pomalowali, był nie
do poznania. W rogu stało łóżeczko z drewna buko-
wego, które tak się jej podobało w kolorowym ma-
gazynie, wraz z idealnie do niego dobraną przewijarką
i fotelikiem do karmienia. Zasłony w oknach były
zielone z mnóstwem kolorowych zwierzątek, na jednej
ze ścian wisiała ogromna filcowa gąsienica zaopatrzona
w niezliczoną ilość kieszonek z pacynkami przedsta-
wiającymi zwierzątka dla każdej litery alfabetu. Sufit
138 KATE HARDY
pomalowany był na bladoniebiesko, po nim pływały
pierzaste obłoczki, w rogu widniało słońce i ogromna
tęcza, a na sznureczkach zawieszone były motyle i ko-
libry.
 Ramon... To ty zrobiłeś?
 Niezupełnie. Przyjaciółka mojego kolegi w Lon-
dynie jest projektantką wnętrz. Powiedziałem jej, czego
chcemy, a ona pewne rzeczy zrobiła sama, inne po
prostu kupiłem.
Zrobiła pewne rzeczy sama. A więc to jej głos słysza-
ła wsłuchawce. I dlatego Ramon tak ukrywał to, co ro-
bił. To miała być dla niej niespodzianka.
Nie miał żadnej przygody. Ależ ona była głupia. Jak
mogła go o to podejrzewać? Oczywiście, że nie miał
żadnej przygody, pomyślała i radość przepełniła jej
serce.
 Czy to te meble tak ci się podobały?  zapytał
z niepokojem.
Skinęła głową, ale gardło miała tak ściśnięte, że nie
mogła wydobyć głosu.
 Wiem, że powinienem był to z tobą uzgodnić,
ale tak bardzo chciałem zrobić ci niespodziankę... zo-
baczyć uśmiech na twojej twarzy.  Wszedł do pokoju
i wyjął z łóżeczka misia.  Mam nadzieję, że nie masz
nic przeciwko temu, że to ja kupiłem naszemu dziecku
pierwszego misia. Miałem podobnego, kiedy byłem
mały.
To był zupełnie wyjątkowy miś. Bardzo drogi. I bar-
dzo piękny.
 Jennifer? Querida, nie płacz. Mogę to zamalować
i odesłać meble, jeśli ci się nie podobają.  Wziął ją
w ramiona.  Hej! Już dobrze. Nie martw się.
SZCZZLIWA RODZINA 139
Ale nie wszystko było dobrze. Wprawdzie trzymał ją
w ramionach, ale tak jak kogoś, kogo się chce pocie-
szyć, kiedy płacze. Wiedziała, że Ramon nie ma ko-
chanki, wcale to jednak nie znaczy, że wciąż ją kocha.
Od chwili, gdy wrócił z Hiszpanii, właściwie nie zbliżył
się do niej. Nawet jej nie pocałował, przynajmniej nie
tak, jak by chciała. I nic już nie jest w stanie tego
zmienić.
Sześć dni. Pięć. Cztery. Trzy. Dwa.
Jennifer coraz niecierpliwiej spoglądała na zegar,
jakby chciała przyspieszyć jego bieg i poznać wreszcie
prawdę.
W dniu, na który tak czekała w Uownym stopniu
z obawą, jak i z nadzieją, nie miała dyżuru. Ramon był
na jakimś spotkaniu w Brad s. Mógł je odwołać, pomyś-
lała z goryczą, ale tego nie zrobił. Pewnie zapomniał, co
to za dzień. Powiedział jej tylko, by dzwoniła do niego
na komórkę, jeśli go będzie potrzebowała.
Nie była w stanie na niczym się skupić. Znowu
spojrzała na zegar. Dziewiąta. Czuła, jak zaczynają
drżeć jej palce. Wpół do dziesiątej. O wpół do jedenas-
tej poszła porękawice ogrodowe. Jeśli się zajmie wyry-
waniem chwastów, to przynajmniej nie będzie siedzia-
ła i gapiła się na zegar.
Wzięła ze sobą telefon bezprzewodowy i wyszła do
ogrodu. I właśnie wtedy, gdy już prawie do połowy
wyciągnęła wyjątkowo upartą pokrzywę, telefon się
odezwał.
Rzuciła pokrzywę i chwyciłasłuchawkę, lecz za póz-
no  automatyczna sekretarka już się włączyła, ale połą-
czenie zostało przerwane.
140 KATE HARDY
Nie była w stanie czekać, aż zadzwoni ponownie.
Zciągnęła rękawice, weszła do środka i odszukała kart-
kę, którą otrzymała od położnika. Wybrała jego numer,
ale telefon był zajęty. Po chwili zadzwoniła ponownie.
Wciąż zajęty. Nie, tam przecież musi ktoś być. Wybrała
numer po raz trzeci. Cztery sygnały. Pięć. Sześć.
 Halo! Sekretarka doktora Ashby.
 Halo. Mówi Jennifer Jacobs. Czy pani...?  Jej głos
załamał się.  Czy pani usiłowała się ze mną połączyć?
Serce nagle zaczęło jej mocniej bić. Boże, błagam
cię, błagam, powtarzała w duchu, niech wszystko bę-
dzie dobrze! Boże, błagam cię, nie pozwól, aby coś
złego stało się z moim dzieckiem.
 Tak, rzeczywiście. Przepraszam, ale praktyka
szpitalna nie dopuszcza zostawiania wiadomości na se-
kretarce.
Jennifer zdołała jakoś zachować zimną krew.
 Czy mogłaby mi pani przekazać wyniki, bardzo
proszę?  Położnik powiedział wprawdzie, że szpital
zadzwoni, jeśli wszystko będzie w porządku. Ale jeśli
w międzyczasie zmienili zasady?
 Miło mi poinformować panią, że wszystko jest
w porządku, pani Jacobs. Punkcja nie wykazała żad-
nych anomalii.
 Dziękuję  wychrypiała Jennifer, odłożyłasłuchaw-
kę i wybuchnęłapłaczem.  Jesteś zdrowe  wyszeptała,
głaszcząc brzuch.  Och, moje dzieciątko. Jesteś zdrowe.
Ramon. Powinna mu o tym powiedzieć. Może ma
włączoną komórkę? Ponownie podniosłasłuchawkę, ale
jej ręce tak drżały, że mylnie wybrała numer. Spróbowa-
ła jeszcze raz i w końcu telefon zadzwonił. Raz, dwa.
 Ramon Martinez.
SZCZZLIWA RODZINA 141
 Ramon? Jest...  Słowa nie mogły przejść przez
zaciśnięte gardło i łzy popłynęły jej po policzkach.
 Caria, nie ruszaj się. Już do ciebie jadę  rzucił
do słuchawki i połączenie zostało przerwane.
Kiedy próbowała połączyć się ponownie, za każdym
razem automat z uporem powtarzał:
 Abonent jest chwilowo niedostępny.
Boże, niech mu się nic nie stanie, błagała w myślach.
Dziesięć minut pózniej usłyszała pisk opon na pod-
jezdzie, a po chwili Ramon wbiegł do domu, zostawia-
jąc drzwi szeroko otwarte. Wziął ją w ramiona.
 Och, Jennifer. Już dobrze. Będę kochał nasze dzie-
cko bez względu na wszystko. Obydwoje będziemy je
kochali.
 Ramon, ja...
 Uspokój się  rzekł miękko.  Jestem przy tobie.
 Ramon, wszystko jest w porządku  wymamrotała.
 Wiem.  Pogładził ją po włosach i nagle zamarł.
 Co masz na myśli?
Odsunęła się, aby spojrzeć mu w oczy.
 Próbowałam ci powiedzieć. Wyniki. Wszystko
jest w porządku.
 Ale... płakałaś. Kiedy do mnie dzwoniłaś, byłaś
zdenerwowana.
W jej oczach zalśniły łzy.
 Wciąż jestem.
 Myślałem...  Z trudem przełknął ślinę.  Myś-
lałem, że to zła wiadomość.
 Usiłowałam zadzwonić do ciebie jeszcze raz, ale
miałeś wyłączoną komórkę.
 Złamałem wszystkie ograniczenia prędkości.
 Przykro mi.
142 KATE HARDY
 Mnie nie.
 Jak to?  Czuła, że serce podchodzi jej do gardła.
Czyżby teraz, gdy wie, że wszystko jest w porządku,
miał zamiar znowu ją zostawić?
Uszczęśliwiony podniósł ją do góry i obrócił się z nią
dookoła.
 Mamy dziecko, Jennifer! I wszystko jest w po- [ Pobierz całość w formacie PDF ]